czwartek, 17 maja 2018

Virodhi (2011) - porwany Srikanth kontra naxalici

 Na fali obejrzanego tyle co  'Newtona' notka o nie tak dawnym telugowym filmie o naksalitach.
 
Jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów telugu. I z powodu reżysera i magicznego dla mnie hasła 'naxalici' (znaczy wciąż, mimo takich casusów jak 'Red Alert', łatwo mnie na filmy na ten fascynujący temat 'złapać' No i u południowcy dotąd mnie w zakresie filmów z naxalitami w fabule - w mniejszym czy większym wymiarze - nie rozczarowali )  
 Jayadev jest dziennikarzem politycznym. Pisze ostre artykuły obnażające różne przekręty 'panów u władzy', no więc zbytnio go oni nie lubią Pewnego dnia jeden z takich polityków (zdaje się miejscowy poseł) zaprasza go na rozmowę do swego domu. Rozpoczyna od 'wyrzutów' (bo przecież choćby daje publicznie datki na szkoły itp, a tu taki dziennikarzyna pisze tylko o tych złych rzeczach ), potem sugeruje Jayadevowi, że jego praca i tak nie ma sensu (rano przeczytają gazetę, wieczorem zapakują w nią jedzenie), a w końcu proponuje mu łapówkę. Ten odmawia. W pewnym momencie robi się zamieszanie - okazuje się, że na teren posiadłości polityka wdarła się grupa naxalitów (żeby było ciekawiej tyle co Jayadev pytał posła, czy nie boi się właśnie 'rozliczenia' z ich ręki). W strzelaninie polityk ginie, a Jayadev zostaje wzięty jako zakładnik. Jego obecność ma pomóc grupie bezpiecznie wydostać się z miasta (bo oczywiście policja szybko dowiaduje się o sprawie), a potem... potem się zobaczy, co z nim zrobić. W każdym razie naxalici nie traktują Jayadeva specjalnie jak kogoś 'po tej samej stronie'. Czemu i jak się to skończy?
 

 Może zacznę od tego, że film mi się bardzo podobał (i nie rozumiem recenzentów marudzących na dłużyzny- ja ich specjalnie nie odczułam ). Mówi sporo o kwestii naxalickiej (jak ludzie tam trafiają i jak różne to mogą być motywacje - i podobało mi się pokazanie, że to nie jest tak jednolity ruch, że są tam i wewnątrz różne koncepcje na temat sposobów działalności, tarcia itp), jednocześnie jak najbardziej zawiera - charakterystyczne dla filmów Neelakanthy - elementy 'mind games' między bohaterami (i mam nadzieję, że to w jakim kontekście są tu one osadzone i prowadzone sprawi, że ci, którzy mieli z tym problemy nazwijmy to natury etycznej w poprzednich filmach, tu takowych mieć nie będą - bo sytuacja jest jednak specyficzna...) 
Srikanthowy dziennikarz (brawa dla niego, jak i brata, który podjął się produkcji tego filmu) to raczej postać, której siła tkwi w jego głowie, intelekcie, a nie mięśniach. Na początku jest pogubiony i przestraszony sytuacją, ale potem się 'oswaja' i zaczyna zachowywać, jak na kogoś w jego profesji przystało: obserwuje, wyciąga wnioski i na ich podstawie planuje najlepsze zachowanie, 'podejście' (znaczy trochę i jak psycholog ) Myślę, że jego zmianę dobrze charakteryzują choćby te sytuacje z bronią. Srikanth zagrał tę rolę w bardzo stonowany sposób i tak to chyba powinno wyglądać - nawet jeśli przez to bardziej wyrazisty wydawać się może jego główny antagonista, grany świetnie przez Ajaya (on jednak ma charyzmę potrzebną do takich ról!) przywódca owej grupy. Miło też zobaczyć znów Kamala Kamaraju (choć trudno poznać w tym zarośniętym facecie chłopca z 'Avakai Biryani' ). I jeszcze wrażenie zrobiła na mnie rola (grana chyba przez Raviego Varmę?) naxality, z którym to Jayadev nawiązał najlepszy kontakt na samym początku. Nie chciałabym też pomijać pań, bo choć nie są to duże role, to ciekawe: w naxalickiej grupce są dwie dziewczyny, no i epizodzik Kamalinee, jako żony Srikantha (malutki, kilkuminutowy, ale widać, że to kobieta 'na poziomie', która choćby dobrze orientuje się w tym, czym zajmuje się jej mąż). 


Podobały mi się też zdjęcia i muzyka - o charakterze głównie ilustracyjnym (pomijając jeden malutki wspomnieniowy fragmencik Srikantha z Kamalinee to takie rzeczy o balladowym, 'bardowym' charakterze). Jako próbka to co tygryski lubia najbardziej czyli revolutionary song:


I podtrzymuję tezę, że jak zapoznawać się z problemem naxalitów przez filmy, to najlepiej przez te południowe.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Jogwa (2009) - czemu mamy żyć w strachu?

Ciąg dalszy przerzucania postów z b.pl. Tym razem - na wiosenno-Nationalowej fali (ten obraz zdobył 5 National Awards: dla najlepszego filmu społecznego, dla aktora, za muzykę i dla pary playback singerów) - o jednym z moich ulubionych filmów marathi.

Akcja Jogwy toczy się na południu, w Karnatace, w społeczności wyznającej kult bogini Yellayamy (jednej z inkarnacji bogini Kali). Kult ów zakłada istnienie specjalnie wybranych 'sług' bogini: kobieta to jogtini, a mężczyzna - jogta. Owi 'wybrańcy' traktowani są przez innych na pół z czcią, a na pół z pogardą. Mają porzucić wszystko, całe swe dotychczasowe życie, natomiast nie mają prawa do miłości, małżeństwa czy posiadania dzieci. I mają świadczyć usługi seksualne członkom danej społeczności. Mężczyzn dodatkowo traktuje się jak eunuchów i mają obowiązek nosić sari i bransoletki. I taki los spotyka parę głównych bohaterów...
Gdy poznajemy Suli widzimy młodą, pełną życia, radości i energii dziewczynę. Ale w jednej chwili jej życie zmienia się totalnie (nie napiszę po jakim 'znaku' uznano, że 'jest przeznaczona bogini', bo to się nie mieści w głowie nawet jak się na własne oczy zobaczy i usłyszy). W trakcie obrzędu podobnego do normalnych zaślubin zostaje poświęcona Yellyamie. W społeczności innych 'wybranych' pozna Tayappę, mężczyznę zmuszonego włożyć sari i zostać 'jogtą'. Oboje będą próbowali się buntować, ale czy uda im się skutecznie sprzeciwić przesądom i tradycji?
Jogwa to historia, przy której widz często ze zdumienia otwiera szeroko oczy i która porusza serce. Film o ludziach, którym pełne zabobonów i 'sztywnej' wiary środowisko, w którym żyją, nie dało wyboru, a jednak oni chcą sobie prawo do tego wyboru wywalczyć. O tym, jak potrafią zranić najbliżsi. I jak odszukać w sobie siłę i przestać się bać. I że czasem najbardziej 'prawdziwy facet' to ten w sari (a tych w spodniach by należało lać i patrzeć czy równo puchną).
Zachwycił mnie już początek filmu: gdy to Suli w sumie w jednym momencie z rozszczebiotanej dziewczyny przechodzi do totalnie odmiennego stanu, nie mówi kompletnie nic i tylko jej twarz zdradza targające nią podczas rytualnych obrzędów emocje. To jest świetnie zrealizowane i kapitalnie zagrane. Podobnie jak choćby scena, w której Tayappa z kolei głośno i bardzo mocno wylewa swe emocje wobec rodziny, która to zgotowała mu taki, a nie inny głos. Zresztą mogłabym wymieniać takich scen dużo więcej i wciąż stoją mi one przed oczami...
Strasznie się cieszę, że Upendrę Limaye'go nagrodzono Nationalem dla najlepszego aktora, bo absolutnie na niego zasłużył. I szkoda, że Mukcie Barve się to nie udało (jak dla mnie zasłużyła zdecydowanie bardziej od Priyanki).
Muzyka (kolejne Nationale) jest po prostu przepiękna! Tradycyjna, magiczna i nastrojowa. Moja absolutnie ukochana piosenka to przepiękna poruszająca Nationalowa ballada Jeev Rangala (uprzedzam jednak, iż klip może spoilerować):


Scena z tego klipu wzbudziła też pewne protesty (a tak się zastanawiałam czy to tak bez echa przeszło i otóż okazuje się, że nie). Znaczy niektórzy 'obrońcy moralności' uznali pewne rzeczy za wulgarne.
Poza Nationalami Jogwa zdobył też wiele innych nagród w kraju i za granicą (w tym 4 nagrody stanowe).
Ja ze swej strony film naprawdę gorąco polecam. Takie kino Indie powinny wysyłać w świat.

niedziela, 18 marca 2018

Vijayashanti - 'angry young woman' vel 'lady Amitabh'

Po długaaśnej przerwie na blogu (spowodowanej moimi studiami i erasmusowymi wojażami) chciałabym jakoś do niego wrócić. Z pisaniem nowych rzeczy idzie mi chwilowo słabo, pomyślalam jednak, iż mogę tu wrzucić jeszcze sporo zarchwizowanych materiałów z nieistniejącego już bollywood.pl. Bo napisałam tam sporo tekstów, które nie zasługują na przepadnięcie w nicości. A skoro mamy miesiąc kobiet oto notka o mojej ulubionej południowej action queen.
Aktorka, która w kinie indyjskim - zdominowanym jednak głównie przez facetów - wywalczyła sobie pozycję (i gaże) równą męskim gwiazdom. Choć w początkach kariery grała też role 'ozdobnikowe', sławę (i przydomki - prócz wymienionych w tytule jeszcze np. 'action queen of Indian cinema')) przyniosły jej role twardych, walecznych kobiet - takich co to same walczyły z przestępczością, korupcją i innymi bolączkami otaczającego je świata (tak jak dziś robią to superherosi).

Pierwsze screen testy
Urodziła się w Andhra Pradesh w 1964 roku. Debiutowała w filmie tamilskim “Kallukkul Eeram” w 1980 roku, i w tym samym roku w filmie telugu “Kiladi Krishnudu” (u boku Krishny).
Przez pierwsze lata grała głównie role glamourowe. Pierwszy przełom nastąpił po roli w “Pellichoopulu” z 1983 roku, ale prawdziwą gwiazdę i jednocześnie poważaną, cenioną aktorkę 'zrobiły' z niej dopiero role w społecznie zaangażowanych filmach T.Krishny. 
Scena z Pratigathany
Młodemu reżyserowi udało się przekonać dostrzeżoną wcześniej na planie jednego z jej filmów Vijayashanti do przyjęcia roli w swoim - robionym w nowej wytwórni - debiucie. "Neti Bharatam" przyniósł obojgu sławę, aktorce pierwszą w karierze Nandi award (z 5 które w sumie otrzymała), a Vijayashanti stała się ulubioną aktorką T.Krishny i zagrała w 5 jego kolejnych filmach (“Desamlo Dongalu Paddaru”, “Devalayam”, “Vandemataram”,“Pratighatana” i“Repati Pourulu”). Wszystkie one dały jej szanse na stworzenie wyrazistych kreacji - czy to panny młodej protestującej przeciwko systemowi posagów w “Desamlo Dongalu Paddaru” czy nauczycielki kształtującej przyszłych obywateli w “Repati Pourulu” czy wreszcie walczącej z korupcją i zepsuciem politycznym nauczycielki w ich najsłynniejszym wspólnym filmie - "Pratighatanie" (ta rola przyniosła jej kolejną Nandi Award).


Świetnie układająca się współpraca została niestety przerwana przedwczesną śmiercią T.Krishny. Na szczęście Vijayashanti miała już wyrobioną pozycję i zaczęła dostawać "kobieco zorientowane" role w filmach innych reżyserów (przeplatając je także rolami czysto 'ozdobnikowymi').
Kolejnym przełomem stał się film 'Karthavyam' z 1990 roku, który stał się kasowym megahitem, a rola twardej policjantki walczącej z przestępczością w mieście (wzorowana na autentycznej postaci Kiran Bedi) przyniosła Vijayashanti National Award dla najlepszej aktorki i kolejną - 4 już Nandi (rok wcześniej otrzymała trzecią za rolę w 'Bharatanaari').
Rok później Vijayashanti zagrała negatywną (albo raczej antyhirosowską) rolę u boku Rajiniego w tamilskim 'Mannan' i to to tak, że sukces filmu przypisano bardziej jej niż Rajiniemu (!) i nagrodzono ją Filmfare za najlepszą rolę negatywną (było to zresztą pierwsza nagroda w tej kategorii na południu w ogóle).  Oto mała próbka - stylizowana na Kleopatrę Vijayshanti i Rajini w kajdanach :P


Po tych sukcesach Vijayashanti mogła ostatecznie przestać grać 'glamourowe' role i skupić się tylko na tych bardziej aktorsko wymagających (co nie znaczy, że koniecznie 'walecznych', bo zagrała także m.in. analfabetkę zakochaną z biednym szewcu w Viswanathowym “Swayam Krushi” czy pannę z dobrego domu, która poślubia wiejskiego biedaka w “Sahasa Samrat” K Raghavendry Rao).
W 1997 roku zagrała w kolejnym megahiciorze - rola dalitki, która staje się walczącą z niesprawiedliwością rebeliantką w 'Osey Ramulamma' przyniosła jej 5 nagrodę Nandi.


Był to niestety jednak już schyłek jej popularności. Ciekawych proponowanych jej ról było coraz mniej, więc rozczarowana Vijayashanti zwróciła się w stronę polityki. Aktorka najpierw dołączyła do BJP, a potem założyła własną partię Talli Telangana (zamienioną potem w Telangana Rastra Samithi).
W sumie Vijayashanti zagrała w około 175 filmach, głównie w kinie telugu, ale i tamilskim czy malayalam. Do 40-tki grała główne role, nie przechodząc do ról matek czy sióstr. A w latach swej największej popularności (czyli 90-tych, po sukcesie 'Karthavyam' i 'Mannan') Vijayashanti była najlepiej opłacaną aktorką w Indiach w ogóle - zarabiając więcej od Amitabha Bachchana, Rajinikantha czy Chiranjeeviego, a aktorzy kalibru Chiru czy Balakrishny grali 'drugie skrzypce' w jej filmach. Pytana zresztą kiedyś o różnice między nią a męskimi gwiazdami stwierdziła, że nie są duże: "Oni tańczą na łączkach z importowanymi z Mumbaju heroinami, ja z importowanymi stamtąd herosami. Tyle, że oni mogą remakować filmy z innych języków, a ja nie mam tematów do remakowania. No i oni ratują heroiny z rąk villainów, a ja herosów z rąk villainów".
Do swej kariery podchodziła dość skromnie, twierdziła, że jej sukcesy są głównie zasługą dobrych scenarzystów i reżyserów, których miała szczęście spotkać i wolała być postrzegana jako poważna aktorka niż jako przyciągająca tłumy gwiazda (którą jednak także była).

A jakkolwiek ja bardzo poważam Vijayashanti jak aktorkę i cenię sobie jej autorskie role zakończę tę notke jednak mniej poważnie: oto bowiem klip duetu który kocham -Vijayashanti i Chiru w deszczu!


piątek, 18 sierpnia 2017

Rudi - poznając rodzinne strony Rudolfa Valentino ;)

W majowy weekend jadę na zwiedzanie bardzo zachwalanego nam przez naszą lektorkę od włoskiego Taranto. W trakcie kilkugodzinnej podróży pociągiem zapoznaję się z zabranymi 'na drogę' materiałami promocyjnymi tyczącymi ciekawych miejsc w Apulii. Staram się robić wcześniej research w necie, ale nieraz już dodatkowo coś ciekawego wpadło mi w oko właśnie przy przeglądaniu tych książeczek. Zerkam więc do części o Magna Grecia  i nagle bach! Czytam, że w pobliskiej Castellanecie urodził się Rudolf Valentino. I że jest tam muzeum mu poświęcone. Sprawdzam mapę w telefonie - mam to po drodze. Szybka decyzja, oczywiście wysiadam. Do Taranto mogę dojechać i na wieczór (cudów się nie spodziewam, a mam cały weekend), a jako kinoman nie mogę przecież przepuścić takiej okazji. Nawet jeśli nie jestem specjalną fanką akurat Valentino.  
Już na stacji orientuję się, że tak łatwo nie będzie. Dość typowo po włosku jest ona w szczerym polu, a miasteczko właściwe znajduje się jakieś 2-3 km od niej:P A ja jeszcze przeziębiona. Ale nic to, twardym trzeba być, więc dzielnie maszeruję pod górkę (takoż typowo po włosku:P) W międzyczasie zaliczając też deszcz (na szczęście po włosku krótki i w miarę ciepły)

Muzeum jest trochę ukryte w labiryncie uliczek starówki miasta, ale w końcu je  namierzam. Jak mi potem tłumaczą w środku, znajduje się ono w średniowiecznym budynku... dawnego opactwa. Cóż za anturaż dla pamiątek po pierwszym wielkim amancie kina :D
W środku spokój, jestem wygląda jedynym gościem, dlatego mogę liczyć na szczególne zainteresowanie obsługi. Kupuję bilet za jedyne 3 euro i pani z obsługi - tłumacząc mi, że najpierw obejrzę film o życiu aktora, a potem będę mogła sobie pozwiedzać ekspozycję - pyta (rozmowa toczy się po włosku), czy chcę wersję angielską czy włoską dokumentu. Hmmm... będąc we Włoszech staram się rozmawiać z lokalsami moim kulawym włoskim, ale film? Pytam ile trwają obie wersje. Nie są długie (ok. 20') i włoska jest trochę dłuższa. No to ambitnie decyduję się na italiano. Nie jest źle, zresztą co nieco o gwieździe wiedziałam już i wcześniej, a to głównie takie podstawy o przebiegu życia i kariery. Zaskoczenia przyjdą dopiero później, wraz z oglądaniem ekspozycji, bowiem pani z obsługi decyduje się mi potowarzyszyć i opowiedzieć wiele ciekawych szczegółów (których niekoniecznie doczytałabym się w wystawowych materiałach). Opowiada po włosku, zatem bycie ambitną to był dobry wybór, in English na pewno bym tyle się nie dowiedziała (jeśli w  ogóle). I nie szkodzi, że nie rozumiem jej w 100% - jest tego wystarczająco dużo, żeby się naprawdę zaciekawić. I może kiedyś jeszcze gdzieś doczytać :)


Nie miałam np. pojęcia, że Rudolf (znaczy tak właściwie to Rodolfo Alfonso Raffaello Piero Filiberto Guglielmi di Valentina d'Antoguolla, bo tak brzmiało pełne imię i nazwisko włoskiej gwiazdy hollywoodu, prościej zwanej Rudim) pisał też poezje. Z tego, co udało mi się zrozumieć z muzealnych próbek (powyżej) całkiem niezłe. Dostępny jest ich tomik zatytułowany Sogni ad occhi apert (czyli po angielsku: Day Dreams).
Fotosy z ról Rudiego...

Jest też kamera filmowa z tamtych czasów i nieliczne zachowane włoskie kopie filmów aktora. Jak mi wyjaśniono jest ich tak mało, ponieważ za czasów Mussoliniego filmy Valentino znajdowały się na 'indeksie dzieł zakazanych' i ich kopie były niszczone. Aktor odrzucił bowiem propozycję Duce, by zostać propagandową gwiazdą faszyzujących się wówczas Włoch.


W części poświęconej filmowym wcieleniom Rudiego zaskoczyła mnie też informacja, iż aktor kojarzący mi się bardzo z ówczesna manierą odbiegał jednak od innych gwiazd tamtej epoki i stosował coś, co można by chyba uznać za początki 'metody'. Mianowicie  starając się maksymalnie wcielić w daną postać dbał też o takie, mało popularne wówczas 'drobiazgi' jak historyczna zgodność kostiumów (często kupował je zresztą z własnych pieniędzy) 


Wreszcie ta naprawdę unikatowa część wystawy - poświęcona dzieciństwu przyszłej gwiazdy w rodzinnej Castellanecie. 
Jest zatem odtworzona sypialnia jego rodziców (ojciec pochodził z pobliskiej Martiny Franci, matka była Francuzką, której ojciec przybył tu budować lokalną linię kolejową). W tej sali, której klimat buduje wpadające delikatnie światło i muzyka z gramofonu, znajdują się także takie cenne pamiątki z późniejszych lat jak np suknia ofiarowana przez Polę Negri - najsłynniejszą partnerkę życiową Rudolfa. Choć dla jego kariery ważniejsza była chyba jego druga żona, Rosjanka Natasza Rambowa. To w głównej mierze ona stworzyła  wszak jego słynny wizerunek egzotycznego  kochanka.
Są także zdjęcia bliskich i małego Rudiego.  Wreszcie pamiątki szkolne i osobiste (zdjęcia poniżej).  Zegarek, spinki, listy, wypis z ksiąg parafialnych i świadectwa szkolne (Rudolf był fatalnym uczniem i zdaje się iż perspektywa wydalenia ze szkoły była jednym z istotnych powodów opuszczenia Castellanety. To była ponoć propozycja nie do odrzucenia;) Jest też teoria, iż Rudolf zostawił w rodzinnej miejscowości nieślubne dziecko - niechęć do poślubienia jego matki miałaby także przyczynić się do wyjazdu)


Jest też sekcja poświęcona prasie z epoki. Duża część nagłówków prasowych tyczy rozważań co do okoliczności nagłej przedwczesnej śmierci gwiazdy (sprawy okołogastryczne, określane do dziś syndromem Valentino, które doprowadziły do zgonu 31-letniego wówczas aktora wywołały wtedy sporo różnych spekulacji, łącznie z koncepcją podtrucia Rudiego. Rodzina żądała np. dodatkowej sekcji zwłok).

Wracając zamyślona na stację mijam przy jednej z głównych arterii  pomnik poświęcony aktorowi. oczywiście w anturażu z jednego z jego najsłynniejszych filmów, Syna szejka:



Nie wiem, czy zostanę fanką Valentino, ale mam naprawdę ochotę dowiedzieć się o nim jeszcze więcej. I obejrzeć coś więcej z jego filmów. Najlepiej tych mniej 'typowych' (coś z kostiumowych adaptacji literatury np?)

poniedziałek, 31 lipca 2017

Cinecittà - włoska fabryka snów

"Il cinema è l' arma più forte"
(kino to najsilniejsza broń) 
Benito Mussolini 

 Kilka lat temu spędziłam w Rzymie ponad tydzień, ale do położonej daleko poza centrum miasta  (choć zaraz przy stacji metra) Cinecitty wtedy nie dotarłam. Trzeba było to w końcu nadrobić (tytuły cinefreaka i italofila zobowiązują). Zatem w majowy niedzielny poranek udaję się w końcu na zwiedzanie tej włoskiej świątyni kina, w której swe filmy kręcili Fellini, Visconti, Pasolini i wielu innych wielkich twórców). Decyduję się jednak zapłacić tylko za zwiedzanie ekspozycji głównej (bez plenerowych planów filmowych Rzymu  czy Gangów Nowego Jorku). Bilet na całość kosztuje drugie tyle, a mnie bardziej interesuje historia niż ostatnie (hollywoodzkie) lata.


Przez bramę wchodzę na dziedziniec pełny zieleni, antycznych postumentów i....niezwykłych filmowych gadżetów - głównie rekwizytów z filmów Felliniego,  dla którego to Cinecittà była miejscem wyjątkowo szczególnym. Idealne miejsce na niedzielny piknik na świeżym powietrzu.

 
Ale ja tu nie przyszłam leżeć na trawie. Dlatego od razu udaję się do słynnego studia nr 5.  Studia Mistrza właśnie. Zanim jednak dojdę do akcesoriów z filmów Felliniego poznaje genezę powstania studia.  I tu małe zaskoczenie dla mnie. Nie kojarzyłam, że Cinecittà powstała już przed wojną (dokładnie to w 1937  roku). I na zlecenie Mussoliniego, który to - podobnie jak Hitler - świetnie zdawał sobie sprawę, jakim wspaniałym propagandowym narzędziem może być kino. A Włochy (świeżo po aneksji Abisynii) miały wtedy solidne zapędy mocarstwowe.

Pierwsze kamery....  Powyżej plany studia.

Dochodzę wreszcie do królestwa Felliniego. Niby tylko jedna salka ale kawał filmowej historii. Kostiumy z Dolce Vita, 8 i pół, Guliettty i duchów czy Ginger i Fred.

Storyboardy, inspiracje Mistrza, jego aktorki, jego klimaty...

Następnie przechodzę do głównego budynku, w którym poznać można chronologicznie całą historię studiów. Rozpoczyna się ona od kręconych w latach 30. komedii romantycznych 'z wyższych sfer' (tzw telefoni bianci). W końcu propaganda sukcesu... To to kino, w którym przed wojną brylował jako czołowy amant mój ulubiony włoski reżyser, Vittorio de Sica. Strasznie chciałabym je poznać bliżej.



Po ruinach zniszczonej wojną Italii trafiam następnie do tego, co filmowo z tym krajem kojarzy się najbardziej: włoskiego neorealizmu (choć oczywiście jednym ze sztandarowych założeń neorealizmu było kręcenie w naturalnych plenerach, a i Cinecittà zaraz po wojnie była totalnie zniszczona..)

w wyświetlanych fragmentach filmów trafiłam i na mojego ukochanego Umberto D.

Wydawałoby się, iż neorealizm plus zniszczenie studiów bombardowaniami położy definitywnie kres Cinecitcie. Nic z tego. Pod koniec lat 40. studia zostały odbudowane i filmowa produkcja ruszyła w nich znów pełną parą. Nie tylko ta rodzima (a nawet przede wszystkim nie ta:D). Początek lat 50. to bowiem czas, gdy Rzym i Cinecittę odkryli Amerykanie. I zaczęli tu kręcić na potęgę swoje modne wtedy superprodukcje historyczne. Ben-Hur, Kleopatra, Qvo Vadis i te tytuły można by mnożyć.. nie bez przyczyny Cinecittà  i Rzym zyskały wtedy miano 'Hollywoodu nad Tybrem'

 
Znajdujące się na dziedzińcu kolumny z Kleopatry...
hollywoodzkie gwiazdy zjeżdżały tłumnie do Rzymu... to stąd czerpał potem natchnienie Fellini w Dolce vita..
nie mogło zabraknąć i kultowej Vespy...
Dekadę później natomiast, w latach 60., furorę zaczęły robić produkowane w Cinecitcie 'spaghetii westerny':

...choć mnie tam urzekły bardziej  kadry z wystawnych szekspirowskich adaptacji Zefirelliego.. ;)

I jeszcze jedna urzekająca pamiątka dawnych czasów. Teraz do Cinecitty można wygodnie dojechać metrem, przez lata jednak był to poważny problem (nie każdy był wielką gwiazdą z własnym autem i szoferem). Dlatego też po wojnie doprowadzono tam specjalny tramwaj:


Od lat 80. Cinecittà  przechodzi trudne lata. Filmy kręcone są coraz bardziej w naturalnych plenerach (albo w studiach w tańszych krajach). Niemniej magia nazwy wciąż działa i dla wielu uznanych współczesnych twórców to nadal miejsce magiczne.


... i oto zatem 'inspiracyjne' szuflady paru wielkich...
Nie wpadłabym na to, że Leone to też Eneida i Odyseja...
..ani że Benigni to Dante..
I wreszcie część techniczna. Bo przecież kino to nie tylko aktorzy i reżyser. Można się zatem np dowiedzieć, jakie są trzy podstawowe formaty scenariusza (i czym się od siebie różnią) ...

A na sam koniec - w charakterze wisienki na torcie -wchodzimy do.. łodzi podwodnej :D Stworzonej na potrzeby filmu 'U-571'

 

Oszołomiona bogactwem wrażeń wychodzę znów na świeże powietrze, gdzie - jak wspomniałam już wcześniej - czekają na mnie oniryczne rekwizyty z filmów Felliniego (w tym słynna Wenusja). Tak, to jest 'miasto ze snów'...