środa, 3 kwietnia 2019

NTR: Kathanayakudu (2019) - boski idol bez skazy, biopic bez duszy

Obudzony Mahanati (którego to filmu niestety do tej pory nie udało mi się obejrzeć:( ) apetyt na biografie gwiazd kina telugu skłonił mnie do sięgnięcia po Kathanayakudu. Oczywiście, zważywszy na okoliczności, spodziewałam się, iż będzie to biografia mocno hagiograficzna, liczyłam jednak na jakieś ciekawe smaczki z historii kina telugu. Wgląd w klimat tamtych czasów, tamtego kina. W końcu, cokolwiek by nie myśleć o  NTRze był on jednym z filarów tej kinematografii i uczestniczył w wielu przełomowych dla tollywoodu projektach i momentach. Byłam jednak naiwna. Bardzo. 
Smutne, iż pod tym totalnie propagandowym projektem podpisał się taki reżyser jak Krish. Bo Kathanakakudu to absolutnie spiżowy pomnik NTRa. Bez prawdziwych emocji i prawdziwego życia. Nawet nie próbujący pokazać człowieka. Zamiast tego oglądamy boskiego przywódcę bez skazy. Który nie przeżywa żadnych wątpliwości, rozterek, porażek. Zawsze podąża najsłuszniejszą drogą. Zawsze ma rację i zawsze jest podziwiany. Już chyba Rama (jak wiadomo nudny) ma przy nim więcej z człowieka, bo można poddać w wątpliwość jego postępowanie względem Sity. Tu nie ma miejsca nawet na coś takiego, bowiem żadna z pozostałych postaci nie jest dostatecznie rozwinięta, by zacząć patrzeć na wydarzenia  z jej perspektywy (najbliżej jest grana przez Vidyę żona, ale jednak jest jej za mało i zbyt powierzchownie pokazane). Żadne z wydarzeń nie jest też zresztą należycie dramaturgicznie rozwinięte. Całość przypomina wyrywkowe,'marionetkowe' scenki z życia wielkiego i boskiego NRTa. Oto 'Boski', zrażony mało ludzką biurokracją, rzuca intratną posadę, by zostać aktorem. Wkracza na przesłuchanie i jego widok zachwyca reżysera tak, iż z miejsca dostaje główną rolę. Zakłada po raz pierwszy strój Krishny i wszyscy na planie w oszołomieniu klękają przed nim. Nie przerywa zdjęć mimo śmieci syna. Przejmuje stery reżyserskie filmu i kręci przełomowo długą scenę w jednym ujęciu. Uznany montażysta oświadcza, iż teraz może skończyć karierę, bo lepszym projektem niż praca przy wspaniałym dziele  NTRa nie odejdzie z branży. Świątobliwy swami na jego widok przerywa swoje śluby milczenia, bo przecież nie spotkał kogoś zwykłego:P Jest jeden moment, który rokuje na jakieś przerwanie tego zaklętego kręgu uwielbienia. Kobiety w rodzinie oglądają jego frywolną scenę z młodziutką Jayą Prada i wyrażają swą dezaprobatę odnośnie niestosownej różnicy wieku (brzmi znajomo, prawda?). Ale oto pada także zwyczajowa odpowiedź indyjskich starów o tym, jak to aktorstwo polega na 'wcielaniu się w różne postaci'  i chwilę później żona, oglądając słynną deszczową piosenkę z Adavi Ramudu, oświadcza swemu wspaniałemu mężowi, że 'świetnie wygląda z 16-letnią wówczas Sridevi'. Koniec tematu.  


Owszem, na ekranie przemyka masa fascynujących gwiazd ówczesnego kina, ale dokładnie - przemykają. Żadna z nich nie zostaje na tyle długo, by nabrać jakiegoś indywidualnego charakteru.  Żal tylko zmarnowanego potencjału aktorów wcielających się w te role (szczególnie chciałabym cały film o granym przez Sumantha ANRze, bo idealnie wcielił się w swego dziadka). Części zresztą nawet nie zdążyłam w tych krótkich migawkach rozpoznać pod stylizacją (Rany w roli brata NTRa i Kalyana Rama jako Harikrishny np). 
Nie zaskakuje fakt, iż Balakrishna (także współproducent tego 'dzieła') świetnie odnajduje się w tak ustawionej konwencji filmu. Idealnie pasuje on wszak do jego charakterystycznego koturnowego sposobu gry. Dlatego jego mi nie szkoda. Całej reszty tak. Film kończy się ogłoszeniem przez bohatera zamiaru założenia partii politycznej, znaczy druga część w przygotowaniu. Pomimo (co jakże optymistyczne i jakże mnie cieszy) kasowej klapy części pierwszej.  Ja po Mahanayakudu już na pewno nie sięgnę. Pomimo wciąż niezaspokojonego apetytu  na biopiki o gwiazdach dawnego kina.


niedziela, 27 stycznia 2019

Podsumowanie 2018 roku: kino tamilskie

Wydarzenia roku:  To niewątpliwie był rok Rajiniego. Aktor miał aż dwie premiery (co nie jest typowe dla gwiazdy tej klasy) i obie stały się głośnymi hitami. Z pań na szczycie świetnie trzyma się Nayantara, to ona jest gwiazdą swoich filmów.  Równolegle ma miejsce dużo ciekawych debiutów reżyserskich. Z mniej miłych rzeczy: to nadal trudny czas dla dystrybucji tamilskich filmów. Kin jest za mało względem produkowanych filmów.  Kryzys kinowy doprowadził do bezprecedensowego wydarzenia, jakim był prawie dwumiesięczny strajk, w trakcie którego nie doszło do żadnej premiery kinowej. Straty ponieśli wszyscy. Czy w 2019 roku uda się definitywnie rozwiązać ten problem? Okaże się wkrótce.

Moje typy:  

W ciągu ostatniego roku nie śledziłam kina z Indii na bieżąco.  Zwiastun '96' był jedną z nielicznych rzeczy, które 'wpadły mi w oko'. Już wtedy urzekł mnie jego klimat i cały film jest równie zachwycający. Ta prosta, nostalgiczna historia o niespełnionej szkolnej miłości i tytułowym spotkaniu klasowym po latach przykuwa swą niespieszną atmosferą, w której niby dzieje się niewiele a jednak tak wiele. 'Między nami nic nie było..'  jak pisał Asnyk. Dokładnie. Taka kameralna, zbudowana na słowach i spojrzeniach historia wymaga koncertowego aktorstwa i takież dostajemy. Ze strony Vijaya Sethupathiego żadna to niespodzianka  ('wiesz, że dziewczyny szaleją za takimi facetami?' - no ba!), ale nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej Trisha aż tak zlała mi się z graną przez nią postacią. Jej Janaki jest delikatna i silna, to ona wykazuje więcej śmiałości i inicjatywy, ale zna też granice, których nie przekroczy. I to ona 'poszła dalej' ze swoim życiem, podczas gdy Ram jakby się zatrzymał. Seans 96 to jak smakowanie dobrego wina: celebruje się każdy łyk i  nawet jeśli czuć gdzieś tam nutkę goryczy w efekcie na twarzy wykwita uśmiech zadowolenia.

 

Jednogłośnie chyba uznany za najlepszy tamilski film roku Pariyerum Perumal absolutnie zasługuje na to miano. Niby kolejna historia 'kastowa' (na dodatek z 'obowiązkowym' prawie wątkiem miłości pochodzącego z niskiej kasty bohatera do dziewczyny z 'wyższych sfer') ale nakręcona z olbrzymią dojrzałością.  Debiutujący Mani Selvaraj nader umiejętnie dozuje wszelkie elementy: jego film jest bardzo realistyczny, ale reżyser nie ucieka też od stricte komercyjnych elementów (z piosenkami włącznie); wie, kiedy 'przycisnąć' (tak, by i widz poczuł uderzenie w splot słoneczny i stracił wszelką nadzieję obserwując rozwój sytuacji i kolejne upokorzenia bohatera) i kiedy i jak użyć symboliki, by z nią nie przesadzić.  Przy tym wszystkim nie czyni z bohatera bezwolnej ofiary. On walczy, na ile oczywiście jest w stanie i tym bardziej boleśnie obserwuje się momenty jego bezsilności. Jego głównym kontrpartnerem jest ojciec bohaterki. Sam  w sobie nie przeciwny związkowi chłopaka z jego córką, ale nie wierzący, iż to ma szansę w takim społeczeństwie. Czy ma rację? Świat w filmie Selvaraja nie jest łatwym miejscem do życia, ale nie jest też czarno-biały. Walka jest trudna, ale nie z góry przegrana, zdaje się mówić reżyser. Tylko i aż tyle. 


Kino tamilskie kojarzy się zwykle z 'ciężkim kalibrem', tymczasem w moich typach klasyczny rom-com. Byłam przyznaje sceptyczna. Trudno nakręcić coś świeżego w tej formule, a nie jestem zwolenniczka oglądania 'odgrzewanych kotletów'. Na dodatek główne role w Pyaar Prema Kaadhal zagrały gwiazdy tv show. Brzmi nie najlepiej, prawda? Ale naprawdę jaki to fajny film! Owszem, pierwsze kilka minut jest standardowe: facet zakochuje się w spotkanej w pracy nieznajomej. Ale od momentu, gdy ma okazje poznać ją osobiście wszystko idzie już mniej stereotypowo: począwszy od pierwszej randki (ona każe mu wrzucić na luz i zabiera go do klubu, gdzie upija się i on musi ją odtaszczyć do domu), przez pierwszą noc (on wyznaje jej miłość, ona: ale co ty, przecież to było casualowe, to nic nie znaczy':D), po cały dalszy rozwój związku. Wszystko na opak, a przy tym podane na luzie i naprawdę zabawne (Raiza jest świetną debiutantką!). A przy okazji można się zastanowić, czy większą pułapką jest tradycyjne czy nowoczesne wychowanie i podejście do związków. Będę sobie ten flm powtarzać. 

Ps. Ach, jeszcze rozegranie ważnej sceny w rytmie tanga - miodzio!


Rozczarowania: 

Karthik Subburaj, jeden z najciekawszych reżyserów tamilskich, postanowił zrobić tym razem... nieme kino. Znaczy tak w zasadzie to, podobnie jak Pushpak, film bez dialogów, bo muzyka i insze dźwięki w Mercurym są. Uzasadnieniem fabularnym takiego kroku jest fakt, iż piątka bohaterów, którzy to pod wpływem tytułowej substancji popełniają pewną zbrodnię, to osoby głuchonieme. I jest jeszcze Prabhu Deva grający głównie ducha;) Pomysł może i teoretycznie ciekawy, ale ani dopracowany, ani nie bardzo w moim guście i szczerze mówiąc głównie się wynudziłam. Film trafiłby pewnie do średniaków, gdyby nie nazwisko reżysera. Od Subburaja to jednak rozczarowanie (a i zwiastun jego filmu z Rajinim też mnie nie nastraja optymistycznie...)

Średniaki:

Dlaczego umieściłam szeroko wyczekiwany kolejny wspólny projekt Dhanusha i Vetrimaarana 'tylko' w średniakach? Zasadnicze przyczyny są dwie. Po pierwsze fakt, że łatwo się pogubić na początku Vada Chennai, co oczywiście nie sprzyja pełnemu zaangażowaniu się widza w oglądaną fabułę (ponoć w ramach planów dystrybucji online nakręcono najpierw  5-godzinny film, a potem przycięto materiał do tych 3h kinowych, co sprawia właśnie, że bywa trochę niejasno). Mnie 'wciągnęło' tak naprawdę dopiero pod koniec, gdy to pewne 'klocki' się poukładały, a inne okazały się ciekawym twistem, sprawiającym, że niecierpliwie czekam teraz na drugą część. Dodatkowo gdzieś z tyłu głowy zaczynam mieć poczucie, że jakkolwiek świetnie panowie nie sprawdzają się w tym 'prowincjonalno-gangsterskim duecie' to chciałabym, żeby mnie zaskoczyli jakimś wspólnym projektem  zupełnie z innej tematycznej 'beczki'. 

 

Od jakiejś dekady całkiem nieźle rozwija się w kolly kino gatunkowe i Raatchasan (Ratsanan) jest kolejnym potwierdzeniem tegoż faktu.  Vishnu Vishal  (kolejny raz trafiam na niego w ciekawym projekcie) gra policjanta, który trafia do służby tylko dlatego, że nie ma szansy na zrealizowanie filmu o seryjnych przestępcach. Oczywiście szybko życie dostarczy mu scenariusza na tenże temat... :P  Nie jestem wielką fanką thrillerów, ale Raatchasan naprawdę się dobrze ogląda. Ładnie buduje napięcie i suspens (w dużej  mierze za pomocą bardzo dobrego muzycznego backgroundu). Trochę się tylko poczułam  rozczarowana, gdy okazało się kto jest mordercą (wydało mi się to zbyt... banalne pod względem psychologicznym?). Interesującą ciekawostką może być fakt, iż jest to drugi film reżysera, który zadebiutował kilka lat temu...odjechaną komedią Mundasupatti i jego wybór materiału przy kolejnym projekcie był celowym zabiegiem zapobiegającym jego 'zaszufladkowaniu' jako twórcy.

Filmowy debiut Lenin Bharati (scenarzystki uroczego Aadhalaal Kadhal Seiveer) to coś z pogranicza fabuły i dokumentu. Merku Thodarchi Malai przygląda się mieszkańcom  Zachodnich Ghatów, ubogim pracownikom tych górskich trudnych terenów i ich trudnemu życiu wypełnionemu ciężką pracą najemną i marzeniami o własnym kawałku ziemi. Sama reżyserka zresztą pochodzi z tych stron, stąd i pomysł na taki właśnie film. To typowe kino 'festiwalowe', niespieszne, bez 'fajerwerków', a w obsadzie grają w większości prawdziwi mieszkańcy Ghatów, czyli amatorzy (choć produkujący film Vijay Sethupathi ponoć bardzo chciał i w nim zagrać:D). Ja takie kino doceniam, ale domowy seans Merku Thodarchi Malai jednak mnie trochę znużył.

Oru Kuppai Kathai  to typowy casus tzw 'słusznego zaangażowanego filmu'. Oczywiście, że to dobrze iż pokazuje problem aranżowanych małżeństw z perspektywy kobiety, która to jest - jakże zwyczajową - ofiarą patriarchatu i że nie potępia tej kobiety za pozamałżeński romans, ale byłby jednak dużo mocniejszy, gdyby nie opowiadał tego wszystkiego w melodramatyczny sposób rodem z lat 90., a spojrzał na sprawę trochę wnikliwiej niż operując w większości tradycyjnymi schematami i kliszami (takimi jak że nowoczesność musi się równać zepsuciu itp). Wszystko tu zbyt łatwe do przewidzenia, a więcej środków nie zawsze znaczy lepiej (w zakresie przejęcia się widza często wręcz przeciwnie).

Jeszcze do nadrobienia:  chyba nic...

wtorek, 16 października 2018

Skaliste morskie kliffy i trulli, czyli Apulia oczami indyjskich filmowców.

Wiem, że to kolejna spora przerwa w pisaniu bloga, ale znów jestem w trybie erasmusowym i w Italii;) Ale i tu, na południu Włoch,  można się zainspirować indyjsko, czego dowodem będzie niniejsza notka.
Wszystko zaczęło się ponad rok temu, gdy to miałam okazję uczestniczyć w Wonder Woman Tour w Materze.  Chodząc śladami zdjęć do tego filmu usłyszałam przy okazji także o plenerach do paru innych filmów kręconych w okolicy, w tym - jako ciekawostce - filmie bolly. Pan z komisji filmowej nie pamiętał ani tytułu ani aktorów (w sumie się nie dziwię;)), ale wspomniał o synu znanego polityka;) A mnie się zapaliła lampka w głowie - po researchu okazało się, że słuszna - że może chodzić o Riteisha. W ten oto sposób dociekłam, że w Apulii kręcono Housefull;D Potem poszło już jak po sznurku, zwłaszcza, gdy - po odkopaniu mojego zainteresowaniu świeżym newsem o zdjęciach do nowego filmu YRF w Materze - przytomnie postanowiłam prowadzić dalsze poszukiwania  nie  po angielsku (czyli nie od strony portali indyjskich - dla których jak wiadomo, często cała Europa to w sumie to samo:P), ale po włosku (a dla włoskiego południa - bo taki Rzym czy Wenecja są pewnie już bardziej zblazowane^^) ekipa z Indii przyjeżdżająca do nich kręcić film  to jest coś! Insza sprawa, że często piszą oczywiście o wszystkim jako bolly (z naszej polskiej perspektywy brzmi znajomo, prawda?:D), tymczasem okazuje się, że w Apulii kręciły już zdjęcia do filmowych klipów co najmniej trzy indyjskie kinematografie!

Bollywood


  • 2008 - Bachna ae haseeno  
Ponoć to ludzie z YRF przybyli tu (do Apulii) jako pierwsi. W 2008 r. producenci Bachna ae haseeno przyjechali na półwysep Gargano i uznali, że tutejsza Baia delle Zagare (jedna z najsłynniejszych gargańskich piaszczysto-skalnych zatok, położona zresztą  całkiem niedaleko Foggi, czyli miasta mojej studenckiej wymiany) będzie idealnym tłem romantycznego klipu z Ranbirem i Deepiką.  Do kompletu - poza Wenecją -  dołożyli jeszcze słynne  trulli z Alberobello  i nadmorskie widoki z drugiego apulijskiego półwyspu, czyli Salento,w postaci Santa Cesarea Terme. Efekt końcowy możecie ocenić sami:


  • 2010 - Houseful 
Dwa lata później na Gargano zjechała ekipa Houseful. Zdjęcia do klipu z udziałem całej głównej czwórki aktorów zrealizowano już z oficjalnym wsparciem Apulia Film Commission w Mattinacie, Vieste, Pugnochiuso i na słynnej plaży w Vignanotice. A oto efekt:


Już po premierze filmu Włosi zorganizowali Indusom specjalną 'wycieczkę edukacyjną' po regionie (obejmującą głównie półwysep Salento - Lecce, Galatinę, Otranto, Santa Cesareę i Gallipoli - a poza tym Gargano, Bari i Valle d’Itria, czyli okolice trulli). Ponoć cała inwestycja przyniosła spore ożywienie turystyczne w Apulii.
 

Tollywood 

  • 2008 - Maska 
W międzyczasie Apulię odkryło także kino telugu. Filmowcy z Suresh Production zdecydowali się zrealizować tu klip do filmu Maska z Ramem i Hansiką w rolach głównych.  Włoskie źródła piszą o Cisternino, mnie to wygląda jednak bardziej na wybrzeża Salento plus Trani (choć nie jestem pewna czy zamek też stąd...), no i oczywiście znów trulli.


  • 2009 - Adhurs
Rok później do Apulii przyjechała kolejna telugowa ekipa. Vinayak nakręcił tu klip z NTR Juniorem i Sheelą. Za tło posłużyły - po raz kolejny - alberobellijskie trulli oraz Ostuni (to ta część z białymi murami w tle) i Salento (woda i skały:D)


Kino bengalskie


  • 2010 - Dui Prithibi
I to wciąż nie wszystko, ponieważ do Apulii trafili już także filmowcy z Tollygunge. W romantycznym klipie do remaku 'Gamyam'  zobaczyć można - poza Wenecją (czy raczej konkretnej Burano) - plenery wspominanych już nieraz...  trulli z Alberobello:P


W drugim klipie z tegoż filmu jest natomiast, także już wspominaną w tej notce, Santa Cesarea Terme (nie pytajcie mnie tylko, gdzie w tej fabule jest miejsce na klip z dwiema parami bohaterów, bo wolę chyba nie wiedzieć, co tu zrobili z oryginalna fabułą:P)


Całkiem nieźle jak na kilka lat, prawda? A jako że, jak łatwo zauważyć, moje źródła kończą się na 2012 roku, niewykluczone, że w międzyczasie jeszcze powstało coś więcej..
Myślę, że po tych kilku klipach może się tez zrobić jaśniej, dlaczego tak się zakochałam w tym regionie. A to co tu widać to jeszcze zdecydowanie nie wszystko..



Przy pisaniu tej notki korzystałam z:

http://www.speropoli.it/2012/12/14/bollywood-sceglie-la-puglia/http://www.speropoli.it/2012/12/14/bollywood-sceglie-la-puglia/
http://www.repubblica.it/spettacoli-e-cultura/2012/01/14/news/bollywood_puglia-28103572/
http://www.alberobellocultura.it/it/biblioteche/63-quotidiani/360-il-cinema-indiano-ha-scelto-come-location-alberobello.html 

niedziela, 24 czerwca 2018

Filmfares South 2018

Trochę wyszłam ze śledzenia południowego kina na bieżąco. Najlepszy dowód, że zauważyłam dopiero  rozdanie tegorocznych południowych Filmfarów (normalnie byłabym w temacie już przy nominacjach;)). Znaczy trochę jestem opóźniona, ale ponieważ nie zrobiłam też ostatnio rocznego podsumowania południowych kinematografii - a coś tam w międzyczasie udało mi się obejrzeć - stwierdziłam, że omówienie wyników może być małą namiastką takiego przeglądu. Bo wyniki widzą mi się jak na Filmfary całkiem dorzeczne (nagrodzeni są na początku każdej listy i pogrubioną czcionką).


KINO MALLU

Najlepszy film Najlepszy reżyser
Keralczycy zwyczajowo  nie zawodzą.  Gdzie indziej widzowie wybraliby w głównych kategoriach ten sam film co krajowe Nationalowe jury? Nie miałam oczywiście jeszcze możliwości zobaczyć najnowszego filmu Dileesha Pothana, wcale nie ma też pewności, że mi się spodoba (Maheshinte Prathikaaram nie bardzo mi 'podeszło'), ale przynajmniej wiem, że ten wybór nie jest 'wtopą'  jak to często bywa przy nagrodach bolly czy telugu. Dodam przy tym, że - pomimo świetnych recenzji - ani Angamaly Diares ani Take off mnie specjalnie nie urzekły, więc jestem wciąż otwarta na odkrycie swojego 'filmu mallu ubiegłego roku'.  Ciekawa jestem filmu Aashiqa Abu, bo on jest bardzo nierówny i nieprzewidywalny (choć najgorsze chały kręci chyba z Mamutym^^)

Filmu nie widziałam, ale w cholerę mnie cieszy obsypywanie w tym sezonie nagrodami Fahaada;) (Nationala dostał, Nationala!). Bo Nivin w mundurze policyjnym to nie bardzo ciekawy. Wstyd, że nie znam jeszcze Tovino Thomasa. Z pań widziałam tylko Parvathi - za mało, żeby wyrokować o słuszności wyboru.


Sporo nieznanych mi nazwisk. To fajnie:) Nudno jest, jak w kółko tylko te same twarze się widzi, a tak będzie kogo poznawać

Najlepsza muzyka
Znów dużo nowych nazwisk. Przesłucham :)


KINO TAMILSKIE
Chyba trzeba będzie w końcu obejrzeć to Aramm. Dużo dobrego o nim czytałam, ale jakoś nie mogłam się dotąd przekonać. Cieszy, że za reżyserię Pushkar-Gayatri, bo Vikram Vedhę bardzo dobrze wspominam i to chyba so far mój ulubiony tamil ubiegłego roku. Taramani też niezłe. I cieszy wyróżnienie nominacją reżyserskiego debiutu Dhanusha - to nie dzieło, ale ciepły i uroczy film ;)

Jedyną obiekcją, jaką mogę mieć wobec wyboru roli męskiej jest why Vijay a nie Madhavan. Panowie stworzyli w filmie taki specjalny duet, że trudno jednego przedkładać nad drugiego. Tamile chyba też tak mieli, dlatego Madhavan dostał specjalną nagrodę od krytyków:D 
Jeśli chodzi o panie to Nayan ocenić nie mogę, ale rola Revathi to nie bardzo pierwszoplanowa, babski film Jyothiki mnie trochę rozczarował, Andrea była ciekawa.


Z panów nie widziałam nikogo, z pań większość ale rola żadnej mi nie utkwiła specjalnie w pamięci.

Że  Rahman do filmu Vijaya ma być najlepszym soundtrackiem roku? Szczerze mówiąc nie pamiętam już kiedy ostatnio mnie coś nowego Rahmana zachwyciło...



KINO TELUGU
To było jasne, że druga część Baahubali zgarnie prawie wszystko. Mnie trochę rozczarowała, ale ani Arjun Reddy ani Fidaa się tym bardziej na film roku nie nadają . Pierwszy z nich jest jednym z moich największych problemów spośród 'okrzyczanych' filmów ubiegłego roku (już chyba 'Devdas', do którego porównywano te fabułę, mnie mniej irytuje:P), a Fidaa urocza, ale to nie Kammula w tej najlepszej formie ze starszych filmów. Czy odważę się obejrzeć historyczny film Krisha z Balakrishna w roli głównej? Nie wiem:D Cieszą nominacje dla filmu Sharwananda. No i że w ogóle nie ma żadnego typowego 'hero movie' w nominacjach.

Najlepszy aktor Najlepsza aktorka
Jak mnie Arjun Reddy strasznie zirytował tak Vijay Devarakonda był jego mocnym i najjaśniejszym punktem i cholernie mnie cieszy, że ten 'chłopak znikąd' wygrał w oczach telugowych widzów z 'klanowymi'' kontrkandydatami. Niech jego gwiazda dalej się pnie wzwyż, bo zasługuje!
No i że naturalność Sai Pallavi też potrafili docenić. To są momenty, w których myślę, że może z telugową widownia nie jest aż tak źle (pewnie niedługo mnie wyprowadzą z błędu;P)

Hmm... że Rana lepszy od Sathyaraja? No chyba tym prawem, że go mniej w tej części było:P
Ramyę kocham, choć lepszą rolę miała w jedynce.

Muzyka do Baahuali 2 też słabsza niż do jedynki, ale chyba nie bardzo miała mocnych kontrkandydatów.


 KINO KANNADA

W kinie kannada zwyczajowo orientuje się najmniej dlatego komentarz jeden wspólny na końcu. I krótki.  Bardzo cieszy mnie wygrana Ondu Motteya Kathe, bo to uroczy niebanalny rom-com. Trochę podobny w klimacie do Dum Laga Ke Haisha, z tym że tu i główny bohater nie taki 'filmowo' śliczny (bo łysy;)). Ciekawy jest fakt, że mimo tego, że zdaje sobie sprawę, iż nie ma urody amanta i trudno będzie mu znaleźć kandydatkę na żonę, wcale nie jest taki skory do obniżenia pewnych swych oczekiwań  (dotyczących jej wyglądu). Co świetnie obrazuje, jak różnie bywa w tej kwestii u kobiet i mężczyzn. Takie atawistyczne stereotypy siedzące w głowach, a niekoniecznie uświadomione. I dla tego, nawet z trochę łopatologicznym przesłaniem w finale, warto.




czwartek, 17 maja 2018

Virodhi (2011) - porwany Srikanth kontra naxalici

 Na fali obejrzanego tyle co  'Newtona' notka o nie tak dawnym telugowym filmie o naksalitach.
 
Jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów telugu. I z powodu reżysera i magicznego dla mnie hasła 'naxalici' (znaczy wciąż, mimo takich casusów jak 'Red Alert', łatwo mnie na filmy na ten fascynujący temat 'złapać' No i u południowcy dotąd mnie w zakresie filmów z naxalitami w fabule - w mniejszym czy większym wymiarze - nie rozczarowali )  
 Jayadev jest dziennikarzem politycznym. Pisze ostre artykuły obnażające różne przekręty 'panów u władzy', no więc zbytnio go oni nie lubią Pewnego dnia jeden z takich polityków (zdaje się miejscowy poseł) zaprasza go na rozmowę do swego domu. Rozpoczyna od 'wyrzutów' (bo przecież choćby daje publicznie datki na szkoły itp, a tu taki dziennikarzyna pisze tylko o tych złych rzeczach ), potem sugeruje Jayadevowi, że jego praca i tak nie ma sensu (rano przeczytają gazetę, wieczorem zapakują w nią jedzenie), a w końcu proponuje mu łapówkę. Ten odmawia. W pewnym momencie robi się zamieszanie - okazuje się, że na teren posiadłości polityka wdarła się grupa naxalitów (żeby było ciekawiej tyle co Jayadev pytał posła, czy nie boi się właśnie 'rozliczenia' z ich ręki). W strzelaninie polityk ginie, a Jayadev zostaje wzięty jako zakładnik. Jego obecność ma pomóc grupie bezpiecznie wydostać się z miasta (bo oczywiście policja szybko dowiaduje się o sprawie), a potem... potem się zobaczy, co z nim zrobić. W każdym razie naxalici nie traktują Jayadeva specjalnie jak kogoś 'po tej samej stronie'. Czemu i jak się to skończy?
 

 Może zacznę od tego, że film mi się bardzo podobał (i nie rozumiem recenzentów marudzących na dłużyzny- ja ich specjalnie nie odczułam ). Mówi sporo o kwestii naxalickiej (jak ludzie tam trafiają i jak różne to mogą być motywacje - i podobało mi się pokazanie, że to nie jest tak jednolity ruch, że są tam i wewnątrz różne koncepcje na temat sposobów działalności, tarcia itp), jednocześnie jak najbardziej zawiera - charakterystyczne dla filmów Neelakanthy - elementy 'mind games' między bohaterami (i mam nadzieję, że to w jakim kontekście są tu one osadzone i prowadzone sprawi, że ci, którzy mieli z tym problemy nazwijmy to natury etycznej w poprzednich filmach, tu takowych mieć nie będą - bo sytuacja jest jednak specyficzna...) 
Srikanthowy dziennikarz (brawa dla niego, jak i brata, który podjął się produkcji tego filmu) to raczej postać, której siła tkwi w jego głowie, intelekcie, a nie mięśniach. Na początku jest pogubiony i przestraszony sytuacją, ale potem się 'oswaja' i zaczyna zachowywać, jak na kogoś w jego profesji przystało: obserwuje, wyciąga wnioski i na ich podstawie planuje najlepsze zachowanie, 'podejście' (znaczy trochę i jak psycholog ) Myślę, że jego zmianę dobrze charakteryzują choćby te sytuacje z bronią. Srikanth zagrał tę rolę w bardzo stonowany sposób i tak to chyba powinno wyglądać - nawet jeśli przez to bardziej wyrazisty wydawać się może jego główny antagonista, grany świetnie przez Ajaya (on jednak ma charyzmę potrzebną do takich ról!) przywódca owej grupy. Miło też zobaczyć znów Kamala Kamaraju (choć trudno poznać w tym zarośniętym facecie chłopca z 'Avakai Biryani' ). I jeszcze wrażenie zrobiła na mnie rola (grana chyba przez Raviego Varmę?) naxality, z którym to Jayadev nawiązał najlepszy kontakt na samym początku. Nie chciałabym też pomijać pań, bo choć nie są to duże role, to ciekawe: w naxalickiej grupce są dwie dziewczyny, no i epizodzik Kamalinee, jako żony Srikantha (malutki, kilkuminutowy, ale widać, że to kobieta 'na poziomie', która choćby dobrze orientuje się w tym, czym zajmuje się jej mąż). 


Podobały mi się też zdjęcia i muzyka - o charakterze głównie ilustracyjnym (pomijając jeden malutki wspomnieniowy fragmencik Srikantha z Kamalinee to takie rzeczy o balladowym, 'bardowym' charakterze). Jako próbka to co tygryski lubia najbardziej czyli revolutionary song:


I podtrzymuję tezę, że jak zapoznawać się z problemem naxalitów przez filmy, to najlepiej przez te południowe.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Jogwa (2009) - czemu mamy żyć w strachu?

Ciąg dalszy przerzucania postów z b.pl. Tym razem - na wiosenno-Nationalowej fali (ten obraz zdobył 5 National Awards: dla najlepszego filmu społecznego, dla aktora, za muzykę i dla pary playback singerów) - o jednym z moich ulubionych filmów marathi.

Akcja Jogwy toczy się na południu, w Karnatace, w społeczności wyznającej kult bogini Yellayamy (jednej z inkarnacji bogini Kali). Kult ów zakłada istnienie specjalnie wybranych 'sług' bogini: kobieta to jogtini, a mężczyzna - jogta. Owi 'wybrańcy' traktowani są przez innych na pół z czcią, a na pół z pogardą. Mają porzucić wszystko, całe swe dotychczasowe życie, natomiast nie mają prawa do miłości, małżeństwa czy posiadania dzieci. I mają świadczyć usługi seksualne członkom danej społeczności. Mężczyzn dodatkowo traktuje się jak eunuchów i mają obowiązek nosić sari i bransoletki. I taki los spotyka parę głównych bohaterów...
Gdy poznajemy Suli widzimy młodą, pełną życia, radości i energii dziewczynę. Ale w jednej chwili jej życie zmienia się totalnie (nie napiszę po jakim 'znaku' uznano, że 'jest przeznaczona bogini', bo to się nie mieści w głowie nawet jak się na własne oczy zobaczy i usłyszy). W trakcie obrzędu podobnego do normalnych zaślubin zostaje poświęcona Yellyamie. W społeczności innych 'wybranych' pozna Tayappę, mężczyznę zmuszonego włożyć sari i zostać 'jogtą'. Oboje będą próbowali się buntować, ale czy uda im się skutecznie sprzeciwić przesądom i tradycji?
Jogwa to historia, przy której widz często ze zdumienia otwiera szeroko oczy i która porusza serce. Film o ludziach, którym pełne zabobonów i 'sztywnej' wiary środowisko, w którym żyją, nie dało wyboru, a jednak oni chcą sobie prawo do tego wyboru wywalczyć. O tym, jak potrafią zranić najbliżsi. I jak odszukać w sobie siłę i przestać się bać. I że czasem najbardziej 'prawdziwy facet' to ten w sari (a tych w spodniach by należało lać i patrzeć czy równo puchną).
Zachwycił mnie już początek filmu: gdy to Suli w sumie w jednym momencie z rozszczebiotanej dziewczyny przechodzi do totalnie odmiennego stanu, nie mówi kompletnie nic i tylko jej twarz zdradza targające nią podczas rytualnych obrzędów emocje. To jest świetnie zrealizowane i kapitalnie zagrane. Podobnie jak choćby scena, w której Tayappa z kolei głośno i bardzo mocno wylewa swe emocje wobec rodziny, która to zgotowała mu taki, a nie inny głos. Zresztą mogłabym wymieniać takich scen dużo więcej i wciąż stoją mi one przed oczami...
Strasznie się cieszę, że Upendrę Limaye'go nagrodzono Nationalem dla najlepszego aktora, bo absolutnie na niego zasłużył. I szkoda, że Mukcie Barve się to nie udało (jak dla mnie zasłużyła zdecydowanie bardziej od Priyanki).
Muzyka (kolejne Nationale) jest po prostu przepiękna! Tradycyjna, magiczna i nastrojowa. Moja absolutnie ukochana piosenka to przepiękna poruszająca Nationalowa ballada Jeev Rangala (uprzedzam jednak, iż klip może spoilerować):


Scena z tego klipu wzbudziła też pewne protesty (a tak się zastanawiałam czy to tak bez echa przeszło i otóż okazuje się, że nie). Znaczy niektórzy 'obrońcy moralności' uznali pewne rzeczy za wulgarne.
Poza Nationalami Jogwa zdobył też wiele innych nagród w kraju i za granicą (w tym 4 nagrody stanowe).
Ja ze swej strony film naprawdę gorąco polecam. Takie kino Indie powinny wysyłać w świat.

niedziela, 18 marca 2018

Vijayashanti - 'angry young woman' vel 'lady Amitabh'

Po długaaśnej przerwie na blogu (spowodowanej moimi studiami i erasmusowymi wojażami) chciałabym jakoś do niego wrócić. Z pisaniem nowych rzeczy idzie mi chwilowo słabo, pomyślalam jednak, iż mogę tu wrzucić jeszcze sporo zarchwizowanych materiałów z nieistniejącego już bollywood.pl. Bo napisałam tam sporo tekstów, które nie zasługują na przepadnięcie w nicości. A skoro mamy miesiąc kobiet oto notka o mojej ulubionej południowej action queen.
Aktorka, która w kinie indyjskim - zdominowanym jednak głównie przez facetów - wywalczyła sobie pozycję (i gaże) równą męskim gwiazdom. Choć w początkach kariery grała też role 'ozdobnikowe', sławę (i przydomki - prócz wymienionych w tytule jeszcze np. 'action queen of Indian cinema')) przyniosły jej role twardych, walecznych kobiet - takich co to same walczyły z przestępczością, korupcją i innymi bolączkami otaczającego je świata (tak jak dziś robią to superherosi).

Pierwsze screen testy
Urodziła się w Andhra Pradesh w 1964 roku. Debiutowała w filmie tamilskim “Kallukkul Eeram” w 1980 roku, i w tym samym roku w filmie telugu “Kiladi Krishnudu” (u boku Krishny).
Przez pierwsze lata grała głównie role glamourowe. Pierwszy przełom nastąpił po roli w “Pellichoopulu” z 1983 roku, ale prawdziwą gwiazdę i jednocześnie poważaną, cenioną aktorkę 'zrobiły' z niej dopiero role w społecznie zaangażowanych filmach T.Krishny. 
Scena z Pratigathany
Młodemu reżyserowi udało się przekonać dostrzeżoną wcześniej na planie jednego z jej filmów Vijayashanti do przyjęcia roli w swoim - robionym w nowej wytwórni - debiucie. "Neti Bharatam" przyniósł obojgu sławę, aktorce pierwszą w karierze Nandi award (z 5 które w sumie otrzymała), a Vijayashanti stała się ulubioną aktorką T.Krishny i zagrała w 5 jego kolejnych filmach (“Desamlo Dongalu Paddaru”, “Devalayam”, “Vandemataram”,“Pratighatana” i“Repati Pourulu”). Wszystkie one dały jej szanse na stworzenie wyrazistych kreacji - czy to panny młodej protestującej przeciwko systemowi posagów w “Desamlo Dongalu Paddaru” czy nauczycielki kształtującej przyszłych obywateli w “Repati Pourulu” czy wreszcie walczącej z korupcją i zepsuciem politycznym nauczycielki w ich najsłynniejszym wspólnym filmie - "Pratighatanie" (ta rola przyniosła jej kolejną Nandi Award).


Świetnie układająca się współpraca została niestety przerwana przedwczesną śmiercią T.Krishny. Na szczęście Vijayashanti miała już wyrobioną pozycję i zaczęła dostawać "kobieco zorientowane" role w filmach innych reżyserów (przeplatając je także rolami czysto 'ozdobnikowymi').
Kolejnym przełomem stał się film 'Karthavyam' z 1990 roku, który stał się kasowym megahitem, a rola twardej policjantki walczącej z przestępczością w mieście (wzorowana na autentycznej postaci Kiran Bedi) przyniosła Vijayashanti National Award dla najlepszej aktorki i kolejną - 4 już Nandi (rok wcześniej otrzymała trzecią za rolę w 'Bharatanaari').
Rok później Vijayashanti zagrała negatywną (albo raczej antyhirosowską) rolę u boku Rajiniego w tamilskim 'Mannan' i to to tak, że sukces filmu przypisano bardziej jej niż Rajiniemu (!) i nagrodzono ją Filmfare za najlepszą rolę negatywną (było to zresztą pierwsza nagroda w tej kategorii na południu w ogóle).  Oto mała próbka - stylizowana na Kleopatrę Vijayshanti i Rajini w kajdanach :P


Po tych sukcesach Vijayashanti mogła ostatecznie przestać grać 'glamourowe' role i skupić się tylko na tych bardziej aktorsko wymagających (co nie znaczy, że koniecznie 'walecznych', bo zagrała także m.in. analfabetkę zakochaną z biednym szewcu w Viswanathowym “Swayam Krushi” czy pannę z dobrego domu, która poślubia wiejskiego biedaka w “Sahasa Samrat” K Raghavendry Rao).
W 1997 roku zagrała w kolejnym megahiciorze - rola dalitki, która staje się walczącą z niesprawiedliwością rebeliantką w 'Osey Ramulamma' przyniosła jej 5 nagrodę Nandi.


Był to niestety jednak już schyłek jej popularności. Ciekawych proponowanych jej ról było coraz mniej, więc rozczarowana Vijayashanti zwróciła się w stronę polityki. Aktorka najpierw dołączyła do BJP, a potem założyła własną partię Talli Telangana (zamienioną potem w Telangana Rastra Samithi).
W sumie Vijayashanti zagrała w około 175 filmach, głównie w kinie telugu, ale i tamilskim czy malayalam. Do 40-tki grała główne role, nie przechodząc do ról matek czy sióstr. A w latach swej największej popularności (czyli 90-tych, po sukcesie 'Karthavyam' i 'Mannan') Vijayashanti była najlepiej opłacaną aktorką w Indiach w ogóle - zarabiając więcej od Amitabha Bachchana, Rajinikantha czy Chiranjeeviego, a aktorzy kalibru Chiru czy Balakrishny grali 'drugie skrzypce' w jej filmach. Pytana zresztą kiedyś o różnice między nią a męskimi gwiazdami stwierdziła, że nie są duże: "Oni tańczą na łączkach z importowanymi z Mumbaju heroinami, ja z importowanymi stamtąd herosami. Tyle, że oni mogą remakować filmy z innych języków, a ja nie mam tematów do remakowania. No i oni ratują heroiny z rąk villainów, a ja herosów z rąk villainów".
Do swej kariery podchodziła dość skromnie, twierdziła, że jej sukcesy są głównie zasługą dobrych scenarzystów i reżyserów, których miała szczęście spotkać i wolała być postrzegana jako poważna aktorka niż jako przyciągająca tłumy gwiazda (którą jednak także była).

A jakkolwiek ja bardzo poważam Vijayashanti jak aktorkę i cenię sobie jej autorskie role zakończę tę notke jednak mniej poważnie: oto bowiem klip duetu który kocham -Vijayashanti i Chiru w deszczu!