czwartek, 26 grudnia 2013

Filmowy przegląd 2013 roku - kino marathi i kannada

Jako, że rok 2013 dobiega końca, pora na mały przegląd tegoż roku w kinie indyjskim. Wybór tytułów wielce subiektywny. I szczególnie cieszy mnie, że w porównaniu z ubiegłorocznym przeglądem, znajdzie się w nim więcej kinematografii:)

 KINO MARATHI


Balak Palak
Mimo, iż produkowany przez Riteisha (ostatnio coraz więcej znanych osób ze światka bolly zabiera się za produkowanie filmów marathi, co uważam za bardzo zacny trend, zwłaszcza, iż zwykle wybierają ciekawych reżyserów, ułatwiając im zapewne realizację kolejnych projektów) Balak Palak to kolejny film reżysera cudownego Natarang, jakoś obchodziłam go dotąd trochę z daleka. Pewnie dlatego, iż - sądząc po trailerze - spodziewałam się czegoś w klimatach niedawnej Shali, czyli kolejnej nostalgicznej podróży do czasów dzieciństwa (szkolnych) w latach 80 i jakoś nieszczególnie miałam znów na coś takiego ochotę. Cieszę się jednak, iż w końcu sięgnęłam po BP, bowiem ten film to nie tylko owe 'sentymentalne wspominki', ale przede wszystkim spojrzenie na odwieczny (a w Indiach szczególnie chyba ważny - choć u nas też nie jest z tym wciąż najlepiej) problem edukacji seksualnej. Czyli raczej jej braku i nieumiejętności rozmawiania o 'tych sprawach'. A młody człowiek nieuchronnie w pewnym momencie zechce się dowiedzieć 'co i jak'. I jeśli nie od rodziców czy nauczycieli, to z innych źródeł. Choć w czasach przedinternetowych owszem wymagało to trochę więcej zachodu. I o tym jest ten film. Ciepły i zabawny (choćby te podchody w celu wypożyczenia owego blue print i seans, po którym nic nie było już takie samo:D I ten cudowny wujek:)), a przy tym niegłupi. I nawet jeśli współczesna klamra irytuje swym natrętnym 'przesłaniem' (a wcale nie było to już moim zdaniem potrzebne), to warto obejrzeć dla całej uroczej reszty.

Premachi Gostha
Do tego filmu przyciągnął mnie z kolei Atul. Aktor, którego bardzo cenię, mało widuję na pierwszym planie, a w komedii romantycznej to chyba jeszcze wcale:) (jak znam bolly to zapewne uważają, że nie nadawałby się do takich ról, bo 'nie wygląda na amanta':P) Liczyłam więc na nieskomplikowaną, sympatyczną rozrywkę na prostu. Niestety chyba się przeliczyłam, bowiem ta opowieść o wciąż kochającym swoją byłą żonę (i wierzącym w jej powrót) reżyserze filmowym, który zdaje się długo nie zauważać, iż los daje mu drugą szansę, zwyczajnie mnie przede wszystkim wynudziła. Nie zachwycił też maracki debiut znanej przede wszystkim z CDI Sagariki Ghatge, jedynym 'promykiem' był sam Atul.


72 Miles - Ek Pravas
Kolejny casus podobny do Balak Palak. Tym razem kolejny (i jak się okazało ostatni:() film reżysera rewelacyjnej Jogwy wyprodukował Akshay Kumar. Niestety ta historia wędrówki pewnego ubogiego chłopca w poszukiwaniu 'lepszego życia' nie wzbudziła mojego zachwytu. Chyba przede wszystkim dlatego, że nie poczułam specjalnej sympatii do głównego bohatera. Nie zawsze jest to oczywiście w filmach konieczne, ale tu chyba było jednak warunkiem podstawowym, żeby  mu 'kibicować', a mnie ów chłopiec częściej jednak irytował swym zachowaniem i nie wiem, czy sama bym chciała mu pomóc. Sympatią obdarzyłam za to towarzyszącą mu w podróży przez sporą część filmu matkę z dwójką dzieci. Po seansie najbardziej mi szkoda, że Rajiv Patil nie nakręci już żadnego kolejnego filmu:(


KINO KANNADA 

W zeszłorocznym przeglądzie nie było żadnego filmu kannada, tym razem nadrabiam 'z nawiązką' (i z przyjemnością).

Attahasa
Biografia Veerappana, słynnego południowego dakoity to absolutnie gotowy materiał na fascynujący film. Człowiek, który rozpoczął od szmuglowania kości słoniowej i szybko wyrósł na jednego z najgroźniejszych przestępców siejących postrach na pograniczu Karnataki, Tamil Nadu i Kerali. Oskarżany o zabójstwo prawie 200 osób (w tym kilkudziesięciu policjantów i innych 'urzędowych' osób), ścigany bezskutecznie listami gończymi przez 20 lat, zginął w końcu z rąk policji w 2004 roku. Kino inspirowało się jego postacią już wcześniej (dużo z Veerappana ma ponoć np. Ravananovy Veeraia), ale dopiero ostatnio powstała taka 'porządna', pełnowymiarowa filmowa biografia. W tytułową rolę wcielił się coraz bardziej mnie ostatnio fascynujący Kishore (i jakoś nie mogłam się przyzwyczaić do jego osoby z taką ilością owłosienia:P), zadanie jego zabójstwa skutecznie 'zrealizował' natomiast  pochodzący z Karnataki - choć gwiazda kina tamilskiego - Arjun Sajra.  Attahasa (czy Vana Yuddham, jaki tytuł nosi tamilska wersja) to biografia z gatunku tych zrealizowanych dość rzetelnie, choć może nie wielce porywających. Szkoda przede wszystkim chyba słabego 'wygrania' słynnej sprawy porwania przez Veerappana Rajakumara (megastar kina kannada przetrzymywany był przez niego dla okupu przez ponad 100 dni - jesteście w stanie wyobrazić sobie coś takiego tylko np. z Bigiem? No właśnie:D), ale i tak myślę warto zapoznać się filmowo z tą historią:)

Lucia
Rzecz z wielu względów głośna i przełomowa w kinie kannada.  Przede wszystkim to pierwszy film tej kinematografii sfinansowany poprzez crowdfunding. Zdesperowany poszukiwaniami producentów filmu reżyser zebrał bowiem środki na jego realizację za pomocą facebooka. Nowatorska jest także sama fabuła i narracja filmu. Rzecz bowiem rozgrywa się nielinearnie na dwóch płaszczyznach  i rozpięta jest pomiędzy jawą a snem, a w ów stan wprowadza bohatera właśnie tytułowa lucia (czyli specjalne pigułki na problem z bezsennością). Film zbiera entuzjastyczne opinie (zachwycony jest m.in Anurag Kashyap, co zresztą nie dziwi, jak się pamięta choćby o No Smoking:D), jeździ po festiwalach, a na dodatek całkiem nieźle się sprzedał także w rodzimym stanie (czego Anurag przy swym eksperymencie nie doświadczył, a co nie bardzo potwierdzałoby jakoś tezę, że widzowie kina hindi to są ci najbardziej otwarci i 'wyrobieni':P). Doceniając to wszystko muszę jednak stwierdzić, że to po prostu kino nie dla mnie (zresztą przy No Smoking czy tych bardziej 'odjechanych' filmach Lyncha miałam to samo:P) Ale stylizacja tej mniej realnej części na czarno-białe kino mnie urzekła:)

Bachchan
Dowód na to, że - wbrew temu, co pewnie myślą niektórzy:P - wciąż potrafię się dobrze bawić na kinie hirołsowskim. Są jednak pewne warunki: po pierwsze, dobrze, żeby w takim filmie było coś niesztampowego, jakieś zaskoczenie, inne podejście do tematu itp (tu przez pół filmu wszystko wydaje się rozwijać zgodnie z wszelkimi schematami, po czym następuje twist wywracający nam prawie wsio do góry nogami:P I nawet jeśli ostatecznie nie idzie to aż tak daleko, to ów efekt 'a to mnie (widza) zrobili' zostaje. Poza tym, to co mnie początkowo najbardziej irytowało okazało się tak czy siak być nieprawdą:P), po drugie: hiroł powinien być hirołem, znaczy facetem, a nie zapatrzonym w siebie, stajlowo-coolowym gogusiem:P (Sudeep ten warunek absolutnie spełnia, zresztą 'gościnny' Jagapati też). No więc Bachchan to sympatyczna rozrywka z wspaniałymi facetami (obdarzonymi na dodatek boskimi głosami). Raz na jakiś czas fajna sprawa:)

Myna
Film dorzucony do listy w ostatniej chwili i to była dobra decyzja, bo 'urzekła mnie ta historia' (i cieszę się, że za wiele o niej wcześniej nie wiedziałam). Trochę się bałam, że okaże się remakiem tamilskiego filmu o tym samym tytule, na szczęście to zupełnie inna historia. Trochę mniej mroczna, choć też nie tak słitaśna jak nieraz love stories (zwłaszcza te bolly:P) Pewnie dlatego też mnie tak urzekła, bo brakuje mi niebanalnych 'romansów'. Takich 'bliżej życia', gdzie to niekoniecznie oni są piękni, ale ich miłość. Trudno chyba zresztą spodziewać się nadmiaru słodkości, gdy film zaczyna się zatrzymaniem bohatera za morderstwo (i on je faktycznie popełnił. Swoją drogą  motywy tego czynu zwracają też uwagę na pewien ciekawy współczesny problem). A gdy Chetanowy bohater mówi, że pokochał w granej przez Nithyę Menon dziewczynie nie jej wygląd, ale wnętrze (serce), wiemy, że to nie puste słowa. I jeśli nawet postępowanie bohatera początkowo może irytować, to  w kontekście ironicznego wręcz można rzec obrotu spraw, a przede wszystkim tego, jak się on zachowuje potem, jakoś to niepostrzeżenie mija  i - tak jak Sarathowy policjant - ostatecznie chciałoby się zrobić wszystko, by wesprzeć tę piękną miłość. Poczytałam, że niektórym widzom nie podobało się zakończenie i myśląc nad tym, stwierdziłam, że mi odpowiada zarówno to, które jest, ale i nie byłabym rozczarowana ucięciem filmu kilka minut wcześniej. Kluczowy bowiem w tym filmie był dla mnie fakt, żeby nie 'zbrukać' tej miłości, nie odebrać wiary w jej siłę i trwałość. I tak się przecież stało.


Obejrzane wcześniej:   null
Czekam na dvd:   Pune 52, Tuhya Dharma Koncha? (m), Bharat Stores, Jatta (k)

piątek, 13 grudnia 2013

'Jukti Takko Aar Gappo' (1974) & 'Meghe Dhaka Tara' (2013) - pamięci Ritwika Ghataka

Obiecałam przejście od wspominek do przeglądu filmów mijającego już roku i.. zamilkłam. Brak weny to jedno, zasadniczą przyczyną był jednak raczej fakt, że temat, na jaki zamierzałam się porwać, chyba mnie przerósł. Przynajmniej tak stwierdziłam po owych zaplanowanych seansach filmowych. Inspirowanych życiem bengalskiego reżysera, jednego z 'wielkiej, klasycznej trójcy' (obok S.Raya i Mirnala Sena). Tego z najbardziej tragicznym życiorysem (losy Guru Dutta to przy nim prawie sielanka:P). I chyba to wszystko 'do kupy' mnie trochę przerosło: biografia Ritwika, jego postać, kino itp. W zasadzie bardzo się nie dziwię, iż nawet w stanie o tak intelektualno-literackich tradycjach jak Bengal mógł być on twórcą niezrozumianym (a przez to odrzuconym). Bo zasadniczym problemem w życiu Ghataka było chyba to, że chciał tworzyć 'dla ludzi', znaczy traktował kino jak potężne medium, za pomocą którego można dotrzeć ze swym przekazem do wielu odbiorców (ale bez żadnych kompromisów, żeby tym ludziom się łatwiej owe filmy oglądało:P), ale ostatecznie do tych odbiorców nie trafiał. W ciągu swego niedługiego okresy twórczości (wyniszczony alkoholem i gruźlicą zmarł tuż po 50-tych urodzinach - a wyglądał ponoć na ze 30 lat więcej) ukończył 8 fabuł i 10 dokumentów (ukończył, bo wiele projektów zostało przerwanych w trakcie: zwykle przez kłopoty z producentami i wspominaną już niezdolność twórcy do jakichkolwiek kompromisów), z tego tylko 5 filmów fabularnych weszło do kin za jego życia  (i nie chodzi tu tylko o te ostatnie, także debiut Ghataka miał swą premierę dopiero po jego śmierci. A utrzymany jak najbardziej w neorealistycznej stylistyce film został nakręcony trzy lata przed Ray'owym Pather Panchali - co oznacza, że to Ritwik mógł stać się pionierem 'nowej fali' w Indiach. Czy wtedy reszta potoczyłaby się inaczej? Tego się już pewnie nie dowiemy...),  tylko jeden z nich (Meghe Dhaka Tara) odniósł finansowy sukces, a inne potrafiły np. bez uprzedzenia być 'zdejmowane z ekranów' przez dystrybutorów (przez marksistowskie - demonstrowane, a jakże i w filmach - poglądy Ghataka? chyba nie tylko, bo innym twórców jakoś to aż tak nie zaszkodziło...)
Dwa lata przed śmiercią, będący już w kiepskiej kondycji (choćby notorycznie wymiotujący krwią) reżyser zdecydował się nakręcić na poły autobiograficzny film (w którym - poza reżyserią, scenariuszem i produkcją - zagrał i główną rolę) Jukti Takko Aar Gappo. Rzecz, którą równocześnie można traktować chyba też jako jego alegoryczny manifest artystyczny (poczynając już od znaczenia imienia bohatera: Nilkantha to wszak jedno z imion Śivy - tego, który wypił truciznę, by ocalić świat od destrukcji) - złamanego życiem, przebywającego aktualnie w szpitalu psychiatrycznym (dokładnie tak wyglądały losy Ghataka) intelektualisty-alkoholika. Człowieka nie tylko niezrozumianego przez świat (jakże częsty motyw  u przedwcześnie zmarłych artystów, roboczo, na poły psychologicznie nazywany przeze mnie syndromem: 'ja jestem ok, świat nie jest ok':P), ale także zdającego sobie sprawę i z własnych słabości (i stanu, do których one doprowadziły). Są też rozliczenia z aktualną sytuacją społeczno-polityczną (charakterystyczny dla Ritwika był też syndrom 'uchodźcy'. Temat podziału Bengalu i jego skutków pojawiał się zresztą często i w jego filmach)  To trudny film: zarówno w samym odbiorze, ale i niosący bardzo gorzkie przesłanie. 
Sięgnęłam akurat po ten film -  i w ogóle zainteresowałam się bardziej Ghatakiem - w efekcie innej, współczesnej filmowej inspiracji jego losami. Jakkolwiek bowiem Meghe Dhaka Tara (2013) zaczerpnęła tytuł z najsłynniejszego filmu Ghataka, fabularnie odnosi się bardziej właśnie do Jukti Takko Aar Gappo. Bohater nosi takie samo nazwisko - Nilkantha Baghi - i jest w podobnej sytuacji życiowej. Nie jest to jednak jakiś remake, ale swego rodzaju hołd dla kina mistrza - podobnie jak np. Autograph jest hołdem dla Nayaka, tyle że tu chodzi nie o jeden konkretny tytuł a całą twórczość reżysera. I nawet jeśli za słabo znam nawet tę niewielką Ritwikową filmografię, żeby wiele wychwycić, to film zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Klimatem, stroną wizualną (ech, te wspaniałe czarno-białe zdjęcia), muzyką, no a Saswata (znany najbardziej z roli w Kahaani) jest tak fantastyczny, że spokojnie mógłby dostać za swą rolę Nationala. Rzecz chyba też nie najłatwiejsza (i na pewno mało 'rozrywkowa':P), ale myślę jednak łatwiejsza w odbiorze od Ghatakowego filmu.

sobota, 30 listopada 2013

Na to warto czekać:)

Pomiędzy 'wypominkami', a podsumowaniem świeżych tegorocznych premier pora na kolejny zestaw filmów, które jeszcze nie trafiły do kin, a wstępnie wyglądają mi naprawdę ciekawie:) I tym razem zacznę bardzo od północy (choć nie od kina hindi:P)


Pomysł na ten film mnie po prostu urzekł. Znaczy jasne, że to nie nowina, że nieraz grający w bardzo znanych filmach aktorzy dziecięcy zamiast zrobić potem fenomenalną karierę jakoś 'giną w czeluściach dziejów' (zresztą kilkoro takich przypomina i to promo), niemniej nie wiedziałam, iż taka była też historia słynnego Apu (tego z Pather panchali of course). A klimat zwiastuna Apur Panchali jest cudowny po prostu. Za taką poezję kocham kino bengalskie:)


Mimo całej mojej sympatii dla Prosenjita (i uznania wobec jego filmowych wyborów) na wieść o tej nowej wersji historii słynnego poety i mistyka Anthony'ego Firingee, nie byłam specjalnie przekonana,czy chcę to obejrzeć. Wielka sympatia do Uttama Kumara nie pomogła mi zbytnio w cieszeniu się starą, klasyczną wersją (nie 'łapię' takiego kina i tyle:P) Ale promo Jaatiswar zmieniło moje zdanie:)  Bardzo podoba mi się pomysł na połączenie owej dziewiętnastowiecznej historii z wątkiem współczesnym (nawet jeśli niezupełnie na razie rozumiem jaki konkretnie mają one mieć ze sobą związek - współczesny  bohater uważa się za wcielenie Firingee?) i wygląda to naprawdę obiecująco (a nie mistyczno-nudnie:P)


W przypadku Hanuman.com trailer raczej ciut ostudził moje wcześniejsze wyczekiwanie na film (ach, ten plakat z Prosenjitem w czymś w rodzaju kominiarki:D). Chyba trochę inaczej sobie wyobrażałam fabułę.. Niemniej poczekam nadal na efekt końcowy (zwłaszcza, że Prosenjit w roli wiejskiego nauczyciela przeuroczy jest::))


Wygląda, że Nagesh Kukunoor  'powraca do korzeni', czyli autorskiego (i z zacięciem społecznym) kina bez gwiazd. Chyba dlatego czekam na Lakshmi bardziej niż na jego poprzednie filmy.

 

Najprostsze wyjaśnienie, czemu zainteresowało mnie telugowe Minugurulu brzmi: bo mam słabość do kina z niepełnosprawnymi bohaterami, a już zwłaszcza gdy są nimi dzieci. 


Kolejny przykład zaufania do twórców: JK Enum Nanbanin Vaazhkai to nowy film bardzo lubianego przeze mnie Cherana, a jeszcze z taką fajną obsadą jak Sharwanand i Nithya (których filmowym wyborom też raczej wierzę) - wszystko to sprawia, że od dawna czekam na efekt końcowy:)


Bo po Pizzy chciałabym zobaczyć więcej Vijaya Sethupathy'ego  (który trochę mi Sasiegokumara przypomina:D), a - po niezłym trailerze sądząc - Pannaiyaarum Padminiyum wydaje się dobrą po temu okazją:) I Jayaprakasha też chętnie zobaczę:)
 

Zajawka Salima jest króciutka, ale intrygująca (no i ta muzyka!). Vijaya Anthony'ego jeszcze nie znam (znaczy jako aktora, bo w końcu wcześniej też się udzielał przy filmach, tyle że muzycznie - to on skomponował np to słynne kuthu Naaka Mukka) - wygląda, że trzeba będzie to nadrobić:D


I kolejne proste wyjaśnienie: czekam na Swapaanam, bo to film Shajiego Karuna i liczę na podobne artystyczne wrażenia, co przy Vanaprastham. A, i na wielką rolę Jayarama.

Zasadniczym powodem, dla którego czekam na ten film jest ów starszy, siwy i brzuchaty pan:P Bo w Gamer Nedumudi Venu będzie grał rolę negatywną (i wygląda naprawdę ciekawą)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Filmowe zaduszki AD 2013

Pozostałe tegoroczne 'zaduszkowe' seanse pozwolę sobie potraktować skrótowo:)

Jaal (1952) - niejednoznaczny Dev Anand u Guru Dutta
Dorwałam w końcu 'białokrukowy' wczesny film Guru. Guru jako li reżysera, bo w roli głównej występuje tu - w ramach 'przyjacielskiej umowy' - Dev Anand. A poza tym,  jak widać i po okładce, jedna z moich ulubienic, czyli Geeta Bali. Samego filmu byłam tym bardziej ciekawa, że niedawno, w ramach poznawania (albo raczej nadrabiania) włoskiej neorealistycznej klasyki, obejrzałam (i jak najbardziej doceniłam) Riso Amaro. Który to film ponoć zainspirował Guru do nakręcenia tego, dość nietypowego jak na jego twórczość, filmu. Szybko przestałam jednak szukać bezpośredniego przeniesienia fabuły, bowiem nie w tym - i dobrze! - tu rzecz, a w oddaniu pewnej estetyki czy klimatu. Takie inspiracje to ja lubię i do pewnego momentu bardzo mi się podobało. Żeby tylko nie to zakończenie.. (wyglądające jakby  do powiedzmy 'typowego' filmu Kashyapa dokleić nagle końcówkę w Karanowym stylu:P) Zgrzyt niestety spory. Drażniący mnie bardziej niż (spore) pocięcie filmu w jedynym dostępnym wydaniu dvd.

Moondru Deivangal (1971) - 'złodziej w dom, Bóg w dom';)
Tak, dokładnie tak mogłoby brzmieć motto tego uroczego filmu.  Trzech przestępców (w sumie nie wiem nawet dokładnie, co zmalowali:D) - Sivaji Ganesan, Nagesh i Muthuraman - ucieka z więzienia i jako pierwszy 'przystanek' obierają sobie dom pewnego sklepikarza. Początkowo mieli w planie tylko ekmm... 'pożyczenie' sobie od niego pieniędzy i paru innych rzeczy na dalszą ucieczkę, ale sytuacja rozwinęła się tak, że... zostali znacznie dłużej;) Taki przykład na to, że wiara w drugiego człowieka (jego dobre intencje) popłaca. I wywołuje też dobro. Może i trochę naiwne, ale ja tam lubię wierzyć w ludzi, a ten film jest bardzo sympatycznie zrobiony (nawet dydaktyczna końcówka) -  znaczy może to i nic wielkiego, ale bawiłam się na seansie naprawdę dobrze:) Film (z napisami) jest dostępny na YT. 

Nayattu (1980) - Jayan i Prem Nazir w keralskiej wersji Zanjeera 

Nie sądziłam, że niedługo po tym, jak tyle krwi napsuły mi wieści o kręceniu 'popłuczyn' po jednym z najlepszych, najbardziej kultowych Bigowych filmów, zdecyduję się obejrzeć inny remake tegoż. Skusił mnie przede wszystkim wspólny występ Jayana i Prema Nazira, dwóch wielkich keralskich gwiazd, perspektywa zrozumienia fabuły bez napisów (o podpisane rzeczy obu tych panów nader ciężko:(), ale i nadzieja, że nie będzie to li taki stajlowy popis jak 'wiadomo-co':P. No i słusznie, bo ów remake jest dość wierny (choć Jayanowi jako aktorowi daleeeko jednak do Biga, za to bardzo miło zaskoczył mnie Prem w po-Pranowej roli), no i ma ten urok kina z lat 70. I nawet jeśli było parę zmian, które zaskoczyły mnie na niekorzyść (zwłaszcza w zakresie piosenek, ale i jednak 'spłaszczenie' roli kobiecej - notabene nie poznałam w filmie Zariny Wahab:O), to całość i tak zostawia zdecydowanie lepsze wrażenie niż same proma tego 'czegoś', co niedawno zrobiło słuszną spektakularną klapę:P Film na YT.


Nirdoshi (1967) - NTR za NTRa
Zaczęło się całkiem ciekawie: dwóch NTRów (czyli wiadomy motyw identycznie wyglądających osób - tu: braci - którzy w pewnym momencie zapewne 'zamienią się miejscami'), w tym jeden bogaty, zblazowany - znaczy przywykły do korzystania z życia - i pozbawiony skrupułów. No i niestety to tego musieli mi raz dwa uśmiercić, a kazać temu drugiemu wejść w jego rolę. No i zrobiło się mniej ciekawie:P Może poza momentami, gdy to pokazywano problemy brata w kwestii relacji wobec osób 'bliskich' (czy raczej dobrze znanych, bo bliskich w sensie emocjonalnym to tamten w zasadzie nie miał:P) temu drugiemu (typu, ktoś dzwoni i na coś tam się powołuje, a ten nie ma pojęcia, kto to i co chodzi) - w filmach 'podmiany ról' ten, jakże ludzki, aspekt bywa często dość pomijany (jakby osoba przejmując cudzą tożsamość przejmowała  równocześnie wiedzę tamtej osoby, przynajmniej w sporej części). Niestety więcej było nudnych rzeczy w sentymentalnych klimatach. Podpisany film można obejrzeć na YT.


Ginger i Fred (1986)- Gulietty i Marcella spotkanie po latach
 Kiedyś byli bardzo popularną parą taneczną. Ich specjalnością było właśnie naśladowanie Ginger Rogers i Freda Astaire'a. Potem ich drogi się rozeszły... Po latach ktoś wpadł na pomysł reaktywacji duetu na potrzeby telewizyjnego show. Co z tego wyniknie? Wielu z nas - raczej tych, którzy mają więcej niż 'naście' lat - zna to poniekąd z autopsji. Smak sentymentalnego spotkania po latach, czy wręcz próby jakiegoś 'wskrzeszenia' tego, co już wszak 'minęło i nie wróci'. Bo przecież panta rhei, czyli wszystko płynie. I my się zmieniliśmy i świat wokół nas. Smutne? Hmm... chyba niekoniecznie. Raczej prowokujące do pewnej refleksji, zadumy. To robi też ten film. W którym zresztą - co ciekawe - Fellini 'sparował' po raz pierwszy dwójkę swoich ulubionych aktorów.


Niewinni czarodzieje (1960) - Łomnickiego i Stypułkowskiej  'gry pozorów'
'Wypominki' stały się też dla mnie okazją do nadrobienia choć trochę klasyki filmu polskiego. Wybrałam ten film, bo - po z kolei wspominkach na jubileuszowych lokalnych spotkaniach teatralnych, gdzie to jeden z pomysłodawców opowiadał m.in. jak to, prowadząc pospektaklowe spotkanie z Łomnickim (teraz takich już nie ma:(), zwrócił się do niego: 'Mistrzu' , na co usłyszał: 'jaki tam ja mistrz, zwykły majster jestem' - nabrałam ochoty na zobaczenie czegoś z tym 'majstrem':D (którego niestety nigdy nie miałam okazji zobaczyć na żywo...) A przy okazji powrotu do tych pięknych czasów, gdy w polskim kinie pełno było 'tuzów' (obsada to jedna rzecz - a ileż 'gościnnych smaczków' można tam wypatrzeć! - ale warto wspomnieć, że ten film Wajdy napisali Skolimowski i Andrzejewski, a muzykę stworzył kolejny pewnie 'majster', czyli Komeda). Nie wiem, czy urzekła mnie sama historia (teatralna wręcz, oparta na tworzących swoistą grę pozorów dialogach, historia spotkania dwójki 'życiowych aktorów'), ale ten klimat to jest coś!


Manthan (1976) - Indie 'mlekiem płynące'?
Myśmy też mieli kiedyś takie kino. Promujące 'słuszne, ludowe' idee :D (tu mleczarstwo). Ale chyba nie robili tych filmów aż tak dobrzy reżyserzy jak Shyam Benegal. To dzięki niemu myślę bowiem Manthan nie jest dziś stricte jakimś 'propagandowym' reliktem, ale filmem, który nadal się świetnie ogląda - nie razi nadmierne moralizatorstwo, a całość nie ma jednak wydźwięku hurraoptymistycznego, ale taki.. niby z pewną nadzieją, ale jednak słodko-gorzki, życiowy? I  do tego mimochodem zaczyna się wręcz nucić jakże chwytliwą piosenkę o dojeniu krów^^ (co zresztą osobiście z dzieciństwa jak najbardziej pamiętam - choć nie ja doiłam:D. Tak samo jak wystawione przy drodze przed prawie każdym domem bańki ze świeżym mlekiem zabieranym do wiejskiego punktu skupu). Tak, takiej 'propagandy' to ja więcej poproszę!  I takich twórców przed i za kamerą:) Film na YT.

piątek, 8 listopada 2013

Filmowe zaduszki AD 2013: 'Ko Ante Koti' & 'Memories in March' - pamięci Srihariego i Rituparno Ghosha

Jak to już stało się moją doroczną tradycją, w listopadzie po raz kolejny przystąpiłam do filmowych 'wypominek', czyli ekranowych spotkań z tymi, którzy już odeszli. Co roku wybór robi się coraz trudniejszy (poznaję coraz więcej dawnych gwiazd, no i wciąż kolejne odchodzą...), postanowiłam jednak zacząć od dwóch osób, których śmierć w minionym roku szczególnie mnie dotknęła, bo zmarły nagle i zdecydowanie przedwcześnie (obydwie w wieku 49 lat). Jeden to bardzo ceniony reżyser kina bengalskiego, drugi - aktor kina telugu.
Mam dziwne poczucie, że w pewnym sensie nagłej śmierci Srihariego zawdzięczać możemy wydanie w końcu Ko Ante Koti na dvd (jakoś tak podejrzanie się to zbiegło:P). Cóż... przynajmniej choć cokolwiek dobrego w związku z tą stratą. Zawsze kojarzyłam Srihariego jako niezwykle ciepłego człowieka - pomimo tego, że często grywał czarne charaktery (zresztą jakich ról on nie grywał?). Tak jest i w KAK, gdzie jego postać nie tylko stara się sprowadzić tyle co wypuszczonego z więzienia głównego bohatera znów na złą drogę (zaangażować go do pewnego napadu), ale i nie ma żadnych skrupułów, by nie sprzedać własnej siostry (znaczy, nie licząc się zupełnie z jej zdaniem, wydać za 'odpowiedni' posag) I jest w tej roli naprawdę świetny.  Trochę tylko dziwnie się człowiek czuje, gdy - słysząc hasło 'wstydzę się takiego brata' - sobie przypomni, że pierwszą rolą, w jakiej oglądał kiedyś Srihariego był 'najlepszy-brat-na-świecie' z Nuvvostanante Nenoddantana^^ No ale na tym właśnie polega prawdziwe aktorstwo. Jeśli chodzi zaś o grającego główną rolę Sharwananda to może i nigdy nie zostanie gwiazdą jak Mahesh, Prabhas, Pawan itp ale wybiera zdecydowanie ciekawsze role od nich:P (w tym przypadku bardzo antybohatera). Jeśli chodzi o samą fabułę filmu, gdy po seansie przeczytałam, że twórcy dosyć się wzorowali na francuskim klasyku Rififi, postanowiłam go obejrzeć - i z przyjemnością stwierdzam, iż jest to zdecydowanie raczej ładna inspiracja niż po prostu 'kopiuj-wklej'. Owszem, tu też chodzi o 'wielki skok', ale poza tym jest to inaczej jednak obudowane: narracja prowadzona jest nie całkiem lineralnie, jest zdecydowanie mniej 'elegancko' a bardziej 'mięsiście, brudno' (w stylistyce, strojach postaci, ich otoczeniu itp), no i  rozbudowano wątek romansowy bohatera. Tym ostatnim początkowo zachwycona nie byłam - wietrząc, że 'doklejone' to trochę na siłę, 'komercyjnie' (jak choćby w Prasthanam), ale jednak nie:) No i ta heroina (grana przez Priyę Anand) zdecydowanie nie przypominała takiej 'tylko do tańców', miała oj, charakterek, a i profesję ciekawą (byłą aktorką objazdowej trupy teatralnej - dzięki czemu można i zobaczyć jak wyglądały takie tradycyjne, 'edukacyjno-społeczne' spektakle w AP). Nie wiem, czy na pewno z perspektywy końcowego zwrotu całość się broni logicznie (nie czuję się na siłach tego sobie układać, bo zawsze byłam cienka w takich rzeczach:P), ale mnie się takie rozwiązanie bardzo podobało. I film zdecydowanie polecam. A w klimat niech wprowadzi mój ulubiony, tytułowy song:

***************
Drugi film to zupełnie inne, zdecydowanie bardziej kameralne klimaty. Takie, z jakimi kojarzy się kino Rituparno Ghosha, choć tu reżyser pojawia się z drugiej strony kamery. Memories in March to opowieść o stracie, procesie żałoby i poznawaniu prawdy (która - jak mówi Pismo św - wyzwala:)) W pewnym sensie sam temat matki, która po niespodziewanej śmierci dorosłego już syna próbuje sobie  z tym poradzić, a równocześnie okazuje się, iż tak naprawdę nie za wiele o jego życiu dotąd wiedziała, nie za dobrze go znała, skojarzył mi się z oglądanym jakiś czas temu Haazar Chaurasi Ki Maa. Oba te filmy, poza tym motywem łączą też świetne aktorki w naprawdę godnych uwagi, ciekawych rolach (choć w przypadku Jayi to chyba była ważniejsza dla niej rola niż tu dla Deepti, która mam wrażenie utrzymuje jednak bardziej stały poziom, nie grając specjalnie 'szablonowych mamusiek' np). Dzieli natomiast klimat, który w HCKM jest zdecydowanie bardziej gorzki: mniej w tym ciepła i optymizmu, jak - mimo wszystko - tutaj. Czy dlatego, że bohaterka Marcowych wspomnień ostatecznie może bardziej liczyć na wsparcie i zrozumienie innych? Wspólne przeżywanie tego doświadczenia straty? Jakże to ważne, by mieć z kim się tym podzielić. Z kimś, kto cierpi podobnie jak my i dlatego nas rozumie (choć nie zawsze od razu widzimy i jesteśmy gotowi przyjąć tę 'wspólnotę'). Nie zdziwiło mnie specjalnie, że Rituparno gra geja:) Zapewne było mu łatwiej zagrać taką postać, a w końcu jest (był) i ikoną tegoż ruchu w Bengalu (i jedynym znanym mi indyjskim VIPem ze świata filmu, który otwarcie przyznawał się do swej odmiennej orientacji. Wiele gwiazd bolly wyrażało wprawdzie ostatnio swoje poparcie dla praw homoseksualnych, ale jakoś nikt z nich nie ujawnił, że sam jest taką osobą:P A jakoś nie bardzo wierzę, żeby żadnego geja wśród indyjskich gwiazd nie było - przeczyłoby to prostym zasadom prawdopodobieństwa i statystyki:P)  Jeśli chodzi o jego aktorstwo to ciut mnie drażniła jego 'maniera' (przynajmniej na początku), niemniej ogólnie to przejmujący i ważny film. Zdecydowanie wart zobaczenia. I filmowa piosenka:
A ja kontynuuję moje 'zaduszki':)

wtorek, 5 listopada 2013

Kino telugu, a kino hindi - współpracowe ciekawostki;)

Nabyłam sobie jakiś czas temu taką książkę:
Nie jest zbyt obszerna i nie dowie się z niej za wiele o historii samego kina jako formy sztuki, czyli np o najsłynniejszych filmach czy jak rozwijały się trendy czy nurty filmowe (jest to bardziej ujęcie kina jako gałęzi przemysłu, czyli opis, jak powstawały pierwsze studia filmowe i jak funkcjonuje ta branża teraz, jaka jest np. sytuacja techników, rola związków zawodowych  czy polityka władz stanowych wobec przemysłu filmowego itp), jej sporą zaletą (przynajmniej dla mnie - osoby lubiącej uporządkowane zestawienia) są natomiast końcowe tabelki. Postanowiłam się więc nimi podzielić:) Myślę, że nie muszę ich dodatkowo opisywać (może tylko dodam, że - mimo faktu, że sporo się z  nich i dowiedziałam - mogłabym i parę rzeczy jeszcze tam uzupełnić: zwłaszcza w zakresie południowych aktorów w filmach hindi^^)

 
 


 
 

poniedziałek, 21 października 2013

Bo warto szperać na YT: 'Land Gold Women', 'Pairon Talle', 'Bubble gum', 'Listen.. Amaya', 'Gangoobai'

Żyjemy w świecie, w którym filmy coraz częściej traktowane są jako kolejny produkt - niekoniecznie musi być on dobry, ważne by był odpowiednio zareklamowany / wypromowany, było wokół niego głośno. W ten sposób 'ucieka' nam nieraz wiele małych filmów. Takich bez gwiazd i budżetu na promocję równego prawie budżetowi samego filmu. O których nie pisze się miesiącami na każdym portalu, w związku z tym nie zawsze wiemy, że taki tytuł w ogóle powstał. A nieraz naprawdę szkoda, bo mogą być ciekawsze od tych wypaśnych superprodukcji. Dziś o kilku takich 'wygrzebanych' (głównie po prostu na YT, który staje się coraz bardziej powszechnym kanałem szerszej dystrybucji takowego kina) filmach. Zacznę od 'cięższego kalibru', ale potem będą też 'lżejsze' tytuły - takie na rozjaśnienie ponurego jesiennego wieczoru np:)

Land Gold Women (2011)
Jeśli na hasło 'honorowe zabójstwa' kojarzą wam się zacofane indyjskie prowincje dobrze sięgnąć po ten film. Ta historia ma miejsce w Wielkiej Brytanii, w wyedukowanej rodzinie emigrantów, co więcej pada w niej teza, iż tak naprawdę ów problem 'honoru rodziny' nie jest ograniczony do pewnej kultury/wyznania, ale pojawiał się mniej czy bardziej historycznie w różnych częściach świata, wśród wyznawców różnych religii. Tytułowa 'ziemia', złoto, kobiety' to trzy rzeczy, dla 'obrony' których tradycyjni mężczyźni z różnych kultur/części świata gotowi byli zabić. Kobieta rzeczą? Ano właśnie. Przecież historycznie tak było i u nas. Wracając jednak do samego filmu: choć od początku wiemy, co się stanie (a w zasadzie stało, bo film opiera się na snutych w trakcie przesłuchań sądowych retrospekcjach), nie zmniejsza to impetu oddziaływania. Tym bardziej chyba zachodzi się w głowę jak w takiej 'porządnej' rodzinie mogło dojść do czegoś takiego. A gdy w końcu zobaczymy w jaki sposób, zimny dreszcz przechodzi przez plecy. 'Bo czasem to najbliżsi sprawiają najwięcej bólu'. Nie tylko 'bezpośredniej' ofierze. I to przeraża chyba najbardziej. Film na YT.

Pairon Talle (2010)
Bohater filmu to urodzony służący. Pilnuje dóbr swego 'pana' nie zastanawiając się, czy to ma sens, czy warto służyć takiemu panu itp. Nie myśli, nie analizuje, po prostu robi, co mu zlecono. Bo tak ma być i już. To sprawia, że na początku nie chce się nawet mu specjalnie współczuć. Bardziej jego żonie, która niby też znosi swój los jakby musiał taki być, ale przynajmniej marzy o jego zmianie. Ale jej mąż niespecjalnie rozumie jej perswazje i aluzje... Przyjdzie jednak dzień, gdy oboje zostaną 'sprowokowani' do bardziej zdecydowanego zachowania. I podejmą dramatyczne decyzje, które zmienią dużo, by nie rzec wszystko. Długo nie mogłam się 'wczuć' w klimat tego filmu, nużył mnie nawet, w końcu jednak 'zaskoczyło'. Przejęłam się tą jakby antyczną (a inspirowaną zdaje się Mahabharatą) tragedią.  A obejrzeć ją można tu.

Bubble Gum (2011)
Sadząc tylko po tym plakacie pewnie bym się nie zdecydowała na obejrzenie tego filmu. Dawno wyrosłam z 'nastolatkowych' historii:P. Na szczęście przeczytałam też kawałek opisu na YT, a on podkreślał bardziej wątek relacji braterskich pomiędzy owym czternastolatkiem, a jego starszym, głuchoniemym bratem. A na to już zdecydowanie można mnie 'złapać'^^ I zresztą po seansie ten wątek uważam za najciekawszy w filmie. Bardzo symptomatyczne są tu dla mnie dwie sceny 'dworcowe' - najpierw powitania, a na końcu pożegnania uczącego się z dala od domu niepełnosprawnego brata. To jak zachowuje się ów młodszy brat w obu tych scenach idealnie odzwierciedla to, co się w międzyczasie między nimi zmieniło, a co było bardzo prawdziwe: im bardziej najpierw irytujące, tym bardziej potem ujmujące. Ciekawie pokazane zostały też postaci rodziców - troskliwych, ale zostawiających sporo wolności, a nie próbujących 'wymuszać' na siłę (co jak wiadomo zwykle przynosi tylko odwrotny efekt). Wątek pierwszej miłości (i rywala) natomiast 'przeszedł mi całkiem bokiem':D Ten ciepły, sympatyczny, a i niedługi film można obejrzeć oczywiście na YT.


Listen.. Amaya (2012)
Odkąd obejrzałam Chashme Buddoor (klasyczną wersję oczywiście, nie ten remakopodobny produkt) uwielbiam duet Deepti Naval i Farooqa Shaikha. To przede wszystkim dla nich sięgnęłam po ten film i to oni mnie w nim najbardziej urzekli. Po latach ich duet nic nie stracił, nadal emanują ciepłem i klasą, no może teraz jeszcze większą dojrzałością (a ja uwielbiam dojrzałe love stories). Kibicowałam im od początku i jak starałam się zrozumieć i tytułową młodą bohaterkę (córkę owdowiałej Deepti, która nie potrafi zaakceptować innego - poza ojcem - mężczyzny w życiu swej matki), tak nie bardzo mi to wychodziło... Irytowała mnie jej niedojrzałość i egoizm połączony z brakiem empatii (genialnie wytknięte jej zresztą przez jej absztyfikanta). Niespodziewanym dodatkowym 'smaczkiem' stała się dla mnie natomiast gościnna rólka Amali Akkineni (po raz kolejny, po Life is beautiful, w bardzo fajnej, ciepłej roli) Mimo tego, że film nie kończy się 'tradycyjnym' (słodkim:P) happy endem pozostawia z uśmiechem na ustach i ciepłem w sercu. A to bardzo wiele.


Gangoobai  (2013)
Prawdziwa perełka w tym zestawie. Film, który mnie urzekł swym ciepłem i prostotą. Sądząc z opisów spodziewałam się, że większość filmu będzie nam pokazywała proces odkładania przez tytułową ubogą wdowę niemałych wszak pieniędzy na dawno przez nią wymarzone, bogate sari (tak jak w Adaminte Makan Abu obserwowaliśmy starania bohaterów uzbierania pieniędzy na upragniony hadź). Ku memu radosnemu zaskoczeniu owo kilkuletnie (zapewne owszem ciężkie) 'odkładanie grosza do grosza' zostało podsumowane w niecałą minutę, a gros fabuły stanowił już sam proces zakupu (albo raczej zdobywania) owego sari w ekskluzywnym salonie projektanta w Mumbaju. A w zasadzie to, co dzieje się przy okazji, a co stanowi piękny dowód na to, że dobro, które dajemy innym w końcu do nas wraca:)  I żeby - niezależnie od potencjalnych przeciwności - zachować pogodę ducha i się nie poddawać. Bardzo bliska mi filozofia, a przy tym przekazana bez nadmiernej naiwności i hurraoptymizmu (jak ja trzymałam kciuki, żeby np. Gangoobai nie udało się cudownie zmienić choćby pewnej nadętej paniusi - bo to by była właśnie przesada). Po prostu piękny film z pięknym przesłaniem. Do którego chce się wracać - i gdy nam dobrze i gdy źle. A można to zrobić tutaj.


niedziela, 6 października 2013

Prosenjit u Rituparno Ghosha: 'Shob Charitro Kalponik' (2009) & 'Khela' (2008)

W latach 60-tych wielki, ceniony nie tylko w Indiach, bengalski reżyser podjął dość zaskakującą współpracę z wielkim bengalskim gwiazdorem. Z tego spotkania dwóch światów (nazwijmy to: artystycznego i komercyjnego) powstał wielki film, prawdziwy klasyk (mój ulubiony w znanym mi dotąd dorobku zarówno S.Raya jak i Uttama Kumara). Czterdzieści lat później inny ceniony reżyser (uważany zresztą za odnowiciela wspaniałych tradycji kina bengalskiego) podjął szerszą współpracę z bardzo popularnym gwiazdorem tego kina.  I z gwiazdy narodził się Aktor:) To bowiem Rituparnowe Choker Bali uważane jest za symboliczny przełom w karierze Prosenjita i to za rolę w jego Dosar (wyżej foto z planu) aktor otrzymał specjalnego Nationala. Dziś o dwóch innych wspólnych projektach obu panów (uznałam że to będzie ciekawy pomysł i na poświętowanie urodzin Prosenjita i upamiętnienie niedawno zmarłego Ritu). Ciekawą cechą je łączącą jest fakt, iż w obu Prosenjit gra artystę:) W obu 'zadebiutowały' też aktorki znane zasadniczo z innych kinematografii.  

Shob Charitro Kalponik to, jakże charakterystyczna dla Ritu, historia opowiedziana z kobiecego punktu widzenia. Radhika (w tej roli, po raz pierwszy w rodzimej kinematografii, Bipasha Basu) jest żoną cenionego poety. Małżeństwo nie układa się jednak najlepiej (Radhika nie jest aniołem poświęcenia jak Gurowa Gulabo i irytuje ją, że to na jej głowie jest cała 'codzienność') Niespodziewana śmierć Indraneela (a raczej prośba wydawcy o uporządkowanie jego pozostawionej twórczości) - w dniu, w którym postanowiła go opuścić - stanie się dla kobiety okazją do analizy ich wspólnego życia i.. spojrzenia na męża na nowo. Przez pryzmat jego  poezji. Nie ukrywam, że ciekawiło mnie jak znana głównie z 'wyglądania' bollywoodzka  'ikona seksu' poradzi sobie w kameralnym kinie autorskim.  Niewątpliwie wygląda pięknie w tych tradycyjnych czy prostych stylizacjach, natomiast wydaje mi się, że nie do końca poradziła sobie z (trudną, fakt) rolą (choć lepiej niż w bollywoodzkich próbach 'przełamania' wizerunku) - nie w każdym momencie jej wierzyłam.  Prosenjitowy Indraneel jako żyjący w trochę swoim świecie artysta wzbudził za to we mnie całą gamę uczuć: od sympatii (i poczucia: 'co ta baba od niego chce':P), po zwyczajną irytację ('no tak, to już wiem o co jej chodzi':P) Nie jest to raczej najłatwiejsze kino: kameralne,  niespieszne, oniryczne... warto jednak się w ten balansujący pomiędzy rzeczywistością a poetycką fantazją świat zanurzyć:)

W rok wcześniejszej Kheli też mamy kryzys małżeński, jednak kobieta jest tu na drugim planie. Gdy Sheela (Manisha Koraila po raz pierwszy w kinie bengalskim) postanawia opuścić męża, by w spokoju przemyśleć sobie ich związek, Raja, ambitny reżyser filmowy, zdaje się być tym niezbyt przejęty. Bardziej absorbują go bowiem poszukiwania idealnego chłopca do głównej roli w jego nowym filmie. Gdy w końcu przypadkiem takiego znajduje, okazuje się, że jego rodzice niespecjalnie chcą się zgodzić na udział chłopca w filmie (dwa wyjazdowe miesiące bez szkoły i możliwości opieki ze strony rodziców itp). Rezolutny chłopak, któremu z podobnych powodów pomysł jak najbardziej się podoba,  podsuwa reżyserowi inne wyjście: upozorowanie porwania:P Decydując się skorzystać z tego pomysłu Raja nie wie do końca, na co się porywa - i chodzi tu nie tylko o potencjalne konsekwencje karne. Obok Titli to jeden z 'najlżejszych' filmów Rituparno jakie widziałam - przy innych raczej trudno się specjalnie uśmiechać, tu trudno się w pewnych momentach od tego powstrzymać:) Przede wszystkim za sprawą tego uroczego chłopca 'z charakterkiem', który jednocześnie da Raji nieźle 'popalić', ale i wiele w jego życie wniesie.. Jak to dzieci znaczy:) Dzięki temu też, choć dla Prosenjtowego bohatera także najważniejszą zdaje się być jego twórczość (zresztą czy nie z wieloma artystami tak bywa?), jest jednak inną, cieplejszą postacią niż bohater SCK. I choć Manishy było niewiele stwierdzam, że za nią tęskniłam.

Nie widziałam jeszcze wszystkich wspólnych filmów Prosenjita i Rituparno, ale już mi szkoda, że nie będzie kolejnych:( Bo to taka ładna współpraca była...

sobota, 28 września 2013

'Bommalata: bellyful of dreams' (2004)

Dzięki nowo powstałemu serwisowi z filmami telugu online: releaseday.com udało mi się obejrzeć w końcu (i to nawet z napisami!) film, na który od dawna miałam ochotę, a który ciężko było dotąd zdobyć w jakiejkolwiek postaci:) O Bommalacie dowiedziałam się  przy okazji  Anaganaga O Dheerudu, czyli kolejnego filmu młodego reżysera, któremu to nakręcony kilka lat wcześniej debiut przyniósł Nationala dla najlepszego obrazu telugu.  A producentem Bommalaty, jak się okazało, był Rana (i szybko słusznie uznałam, że lepiej by było, żeby poprzestał na tej działalności, a nie pchał się do aktorstwa:P) Jeśli ktoś, obejrzawszy AOD, uznał, że nie ma co sięgać po inne filmy Prakasha Kovelamudiego, to jest w błędzie, bowiem Bommalata to dużo ciekawsza rzecz. Jest to kino dziecięce (znaczy z dziecięcym bohaterem), ale nieszczególnie w 'disnejowskim typie' jak AOD, raczej realistyczne (jak powiedzmy I am Kalam), choć z pewną niebanalną domieszką bajkowości. Niebanalną, bo 'zwyczajne' fabularne fragmenty - opowiadające o bardzo prozaicznym marzeniu pewnego 'chłopca ulicy', który po prostu chce móc pójść do szkoły i się uczyć -  przeplatane są od czasu do czasu 'teatrem lalek' (bommalata to właśnie specyficzna lalkarska forma teatralna z AP), które to w specyficzny sposób komentują realne wydarzenia - przenosząc je na trochę inny, właśnie jakby bardziej narracyjnie bajkowy poziom (i choćby umożliwiając wprowadzenie narratora-komentatora).  Mnie się to połączenie bardzo spodobało, uważam je bowiem za ciekawie pomyślany zabieg (i wcale nie 'nie wiadomo skąd' wzięty, zważywszy, iż chłopiec jest synem lalkarza), nadający całości specjalnego wyrazu i smaczku, a nie służący li infantylizacji (choć zakończenie nie musiało aż tak wyglądać:P) Niemniej na pierwszy, wprowadzający w fabułę fragment z lalkami mimowolnie przypomniałam sobie marackie Khel Mandala  i z lekka się wzdrygnęłam na to skojarzenie.. na szczęście to jest ogólnie lepszy film po prostu. Z pomysłem i fajną realizacją. I tu muszę wspomnieć o nieoczekiwanych, a bardzo dla mnie miłych cameach. Nie spodziewałam się w ogóle znanych twarzy, więc gdy w ciągu 3 minut zobaczyłam na ekranie Tanikellę Bharaniego i Allariego Naresha to nie wytrzymałam i zajrzałam jednak na Wiki, sprawdzić, kogo jeszcze mogę się spodziewać. I na Shryię byłam już przygotowana:D Ale na jeszcze jedną osobę (i to jaką gwiazdę!) to wciąż nie. Urzekły mnie już obecne prawie od początku filmu nawiązania do niej, ale sądziłam, ze na takiej (fanowskiej:P) formie 'obecności' się skończy. Gdy zatem pod koniec, dzięki a jakże lalkom, owa gwiazda pojawiła się w formie kukiełki zwyczajnie nie wytrzymałam i urządziłam regularny kwik i pisk, godny nawiedzonej fanki!:P
camea
chwilę przed moim piskiem^^
Ale naprawdę warto zobaczyć ów film nie tylko dla tych 'speciali', ale choćby dla poruszającego, nagrodzonego Nationalem za najlepszą rolę dziecięcą, dwunastoletniego wówczas Saia Kumara (nie mylić z dorosłym, telugowym Saiem Kumarem, ani z takimże keralskim;)), którego szczerość sprawia, iż cały czas trzyma się kciuki za realizację tego jego 'zwykłego' marzenia. Dla obrazu smutnej rzeczywistości, w której można wykorzystywać dzieci, nawet pozornie walcząc o ich prawa, ale jednak wciąż jest jakaś nadzieja:) I na koniec jeszcze trailer filmu:

wtorek, 24 września 2013

Z cyklu: 'niespodziewane odkrycia':)

Próba (bo do końca to chyba nigdy nie nie udaje:P)  śledzenia 'na bieżąco' powstających w danym kinie rzeczy ma sporo zalet, przynajmniej dla w miarę uporządkowanej osoby, której tolerancja dla oglądania sztampowych filmów (ach, ten ongisiejszy syndrom 'wszystko jedno co, byle bolly'^^) z czasem znacząco spada i woli już świadomiej wybierać, co ogląda. Ma jednak jedną wadę: trudniej człowieka znienacka zaskoczyć. Przyjemnie oczywiście (bo że i nieprzyjemnie trudniej to nie wada akurat:D) Dziś jednak się to udało. Przypadkiem trafiłam na news o międzynarodowej, festiwalowej nagrodzie dla filmu, o którym nigdy nie słyszałam. Reżysera, o którym nie mam pojęcia i z totalnie nieznana mi obsadą. O ciekawej tematyce handlu kobietami ('sex trafficking').  A poprzednim (także międzynarodowo powynagradzanym) filmem tegoż reżysera była rzecz o jakże interesującej mnie od jakiegoś czasu tematyce wojny domowej na Sri Lance. 
Naturalnym efektem było wejście do wujka gugla. Research przyniósł bardzo ciekawe efekty. Rajesh Touchriver to bowiem Keralczyk, choć kręci i filmy telugu - vide owa świeżo nagrodzona produkcja, która zdaje się mieć dwie wersje językowe: malajalamską (Ente) i telugu (Naa Bangaru Thalli). No chyba że któraś z nich jest dubbingiem:P W każdym razie promo wygląda naprawdę ciekawie (zamieszczam wersje mallu, bo o niej jest ogólnie więcej w necie, np. ma swoją oficjalną stronę)
Konsultantką przy filmie była bardzo znana i ceniona aktywistka społeczna, założycielka Prajwali - a prywatnie żona Rajesha;) - Sunitha Krishnan (więcej poczytać o niej można tu, a fani Aamira mogą obejrzeć też odcinek jego show, w którym występuje Sunita i opowiada o swej działalności).  Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś obejrzeć ten film:) I ów poświęcony wojnie domowej na Sri Lance, o dekadę wcześniejszy - Amaithikkaka (znany bardziej pod tytułem 'międzynarodowym' tj. In The Name of Buddha) też (choć zdaję sobie sprawę, że ławo nie będzie: film jeździł po światowych festiwalach,  ale w Indiach raczej nigdy nie miał oficjalnej premiery, a nie wiem, czy ktoś przemycił i wpuścił do netu jego kopie jak w przypadku Aanivear..) Bo promo robi wrażenie.
Strasznie lubię takie odkrycia filmowe:)

niedziela, 15 września 2013

Dhanushowo: 'Mayakkam Enna' (2011) & 'Mariyan' (2013)

Post bardzo zaległy, bo filmy oglądałam w okolicy Dhanushowych urodzin (czyli jeszcze przed Chirowymi obchodami), ale cóż.. lepiej późno niż wcale:P A myślę, warto o obu tytułach napisać (bo oglądałam jeszcze jeden, starszy Dhanushowy film i o nim specjalnej ochoty wspominać nie mam:P)

Pamiętam, jak przy okazji czytania różnych opinii o '3' trafiłam na kilka podsumowujących ten film jako gorszą 'powtórkę z' właśnie wcześniejszego Mayakkam Enna. Jako, że seansem 3 byłam ostatecznie raczej rozczarowana postanowiłam dzielnie obejrzeć ME. Dzielnie, bo to jeden z tych (licznych) filmów tamilskich, które nie zostały wydane z napisami:(  I tak, pewne podobieństwa można dostrzec (chodzi zwłaszcza o hmm...nazwijmy to 'mroczną' stronę bohatera - choć tu jego 'zachowanie na krawędzi' ma inne podłoże), natomiast jest i trochę różnic, które to właśnie czynią ten film ciekawszym. Jakkolwiek pierwsza część ME to także historia rodzącego się uczucia to jest ono dużo mniej 'słodkie'. Bo i młodzi nie muszą walczyć ze sprzeciwem świata (rodziny), ale z własnymi oporami. Gdy się bowiem poznają, ona jest dziewczyną jego przyjaciela, zatem dla obojga jest to etycznie trudna sytuacja. A dodatkowo to, co rodzi się między Karthikiem i Yamini nie ma raczej charakteru 'pioruna z nieba', ale bardziej 'wkurzasz mnie, ale coś mnie do ciebie ciągnie'. I dla mnie to było znacznie ciekawsze. Zwłaszcza chyba ta postać Yamini, która i w dalszej części jest nie tyle bierną bohaterką,  co walczącą trochę 'z wiatrakami' (choć może nie tak do końca, skoro motto filmu brzmi 'za każdym mężczyzną sukcesu stoi kobieta'^^). Która kocha i wspiera, ale i się złości i wybucha. Znaczy cały czas  ma 'charakterek':) Jak nie jestem specjalną fanką Richy, tak była naprawdę niezła w tej roli (scena z czyszczeniem podłogi!). Dhanush natomiast - jako aspirujący fotograf (który marzy o pracy dla National Geografic, a na razie robi fotki na weselach i tego typu imprezach) był, zwyczajowo ostatnio, świetny. Nie ma chyba w tej chwili w Indiach drugiego młodego aktora z taką charyzmą - który pojawia się na ekranie i od którego trudno oderwać wzrok, i z którym współodczuwa się emocje jego postaci. Radość i nadzieję, niepewność, rozczarowanie, gniew i wiele innych. A świat widziany oczami aparatu jego bohatera jest po prostu przepiękny (brawa dla operatora!). Ale jest i łyżka dziegciu. Im dalej, tym bardziej odnosi się wrażenie nadmiernego traktowania fabuły 'po łepkach'. Tak jakby reżyser, który na początku ładnie, spokojnie rysuje przebieg wydarzeń, w pewnym momencie zorientował się, że powinien już kończyć (bo film nie może trwać wszak 4 godzin:P), a tu jeszcze trochę do opowiedzenia, więc robi to coraz szybciej, z pewnymi przeskokami, 'dziurami', przez co widzowi trudno, czy sobie pewne rzeczy logicznie poukładać, czy uwierzyć w taki, a nie inny przebieg wydarzeń (może i możliwy, ale słabo właśnie umotywowany w filmie...) Niemniej i tak uważam Mayakkam Enna za zdecydowanie ciekawszy obraz niż dużo głośniejsze (za sprawą wiadomego przeboju:P) 3. Znaczy wolę, jak Dhanush pracuje z bratem niż z żoną^^

Mariyan bogu dzięki wyszedł na dvd z napisami, i to nawet dość szybko. Trochę łatwiej mi było dzięki temu przeżałować, że nie 'załapałam' się na seans filmu na dużym ekranie (przesunęli termin premiery z uwagi na Ranjhaanę - która wchodziła też do kin w Tamilowie), a od pierwszych prom (albo nawet już trochę wcześniej:D) była to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie indyjskich premier roku. Podobał mi się 'sudański' pomysł, klimat pojawiających się plakatów czy prom, no i fakt, że Dhanush w końcu zagra z naprawdę dobrą, ciekawą aktorką (a nie, jak nie ze Shruti to z Sonam:P). I, jakkolwiek po obejrzeniu filmu muszę sobie jednak westchnąć, jak pięknie byłoby zobaczyć te widoki na duuużym ekranie, tak pomijając ten 'drobiazg', czuję się seansem bardzo usatysfakcjonowana. Nie wiem, czy 'nakręcałabym' się tak na ten seans z perspektywą, że będzie to jednak nie tyle widowiskowy dramat przygodowy, ale raczej przede wszystkim love story, ale po seansie wcale mi to nie przeszkadzało. Więcej, naprawdę się wzruszyłam. Siłą uczucia, dla którego robi się wszystko. Nadziei, której - jak bohatera - nie da się uśmiercić (Mariyan to nieśmiertelny) I znów pewnie to głównie zasługa aktorów. I ich prawdziwych, udzielających się mi jako widzowi, emocji. Jakkolwiek zdecydowanie więcej na ekranie było Dhanusha, tak Parvathy (zgodnie zresztą z moimi oczekiwaniami) była jego równorzędną aktorsko partnerką (z jednej strony szkoda trochę, że tak mało jej ogólnie w filmach, z drugiej - przecież za to cenię takie aktorki, że biorą tylko role, do których naprawdę mają przekonanie, nawet jeśli przez tę 'wybredność' nie osiągną nigdy topowej pozycji w branży). I muszę jeszcze wspomnieć o solidnym zaskoczeniu przy Kadal Raasa. Ten utwór pojawia się bowiem w filmie w takim kontekście, że ma zupełnie inny wydźwięk, niż to, co można sobie było wyobrażać na podstawie muzyki (soundtrack ogólnie bardzo przypadł mi do gustu)  i promocyjnego fragmenciku klipu. W sumie to lubię takie zaskoczenia:D I nie bardzo rozumiem zarzuty względem sceny z tygrysami. Że Sudańczycy bardzo jednostronni (pokazywani znaczy trochę jak Angole:P) to owszem, ale nie uważam, żeby te tygrysie sceny były 'po nic' (mi uświadomiły, jak bardzo 'towarzyszę' i kibicuję bohaterowi - bo aż wstrzymałam na chwilę oddech..).

Polecam znaczy oba filmy i ogólnie śledzenie Dhanushowego rozwoju. Ten trzydziestolatek już osiągnął sporo jako aktor, a myślę, że wiele ciekawych rzeczy jeszcze przed nim. I przed jego fanami:)

czwartek, 5 września 2013

Megaurodzinowy aneks: 'Subhalekha' (1982) - Chiru z Vishwanathem o systemie posagów i... godności.

Subhalekhą zakończyłam zarówno mój urodzinowy tydzień z Chiru, jak i poznawanie wspólnych filmów Chiru i Vishwanatha, Choć formalnie to był ich pierwszy wspólny film:D I - jak mogę teraz stwierdzić - zdecydowanie najlepszy (notabene z również trzech wspólnych filmów Kamala z Vishwanathem - choć zaczęłam je oglądać wcześniej - wciąż został mi jeszcze jeden:). Co takiego jest zatem w tym Zaproszeniu ślubnym? To, co kocham u Vishwanatha:) Znaczy nie klasyczna muzyka i taniec akurat, ale pełni godności i charakteru bohaterowie. Których można podziwiać nie dlatego, że są tacy 'jak z reklamy' (i odlegli od codzienności), ale właśnie za ich 'zwyczajność-niezwyczajność'. Za odwagę podążania własną ścieżką, trochę 'pod prąd', bycia wiernym własnym zasadom (i licząc się i z tego konsekwencjami). I w zasadzie tyczy to prawie wszystkich głównych, młodych bohaterów: granego przez Chiru Murthiego, który z godnością wykonuje pracę kelnera nie traktując bynajmniej tego zajęcia jako 'upokarzającego', i nie tylko 'w pracy' zawsze jest gotowy do pomocy innym (bo po prostu tak trzeba); Sujaty [Sumalatha w obsadzie zaczyna mi gwarantować ciekawą rolę kobiecą], która uczestnicząc w 'spotkaniu' omawiającym warunki jej potencjalnego małżeństwa nie zawaha się dobitnie wyłożyć swemu niedoszłemu teściowi, co sądzi o jego (zaiste horrendalnych) posagowych żądaniach  (film oglądałam niestety saute, ale na szczęście spora część tej wymiany zdań została przytoczona - i przetłumaczona na angielski - na tym blogu i zaiste robi  wrażenie!), nie bacząc na fakt, iż jest on nie tylko że starszą i szacowną osobą, ale jednocześnie jej szefem (i owszem, w konsekwencji traci swą pracę w collegu - ale bynajmniej nie poddaje się), wreszcie Muraliego (młodszego brata Mohana - znaczy owego niedoszłego męża Sujaty), który zakochawszy się w Lakshmi (jej młodszej siostrze), a wiedząc już jak zapewne zachowa się jego ojciec, postanawia uzyskać jego zgodę na ślub (a bez żądania posagu) w sumie w dość prosty, ale wcale nie taki łatwy 'psychologicznie' w realizacji  (bo wymagający sporo, używając dzisiejszej terminologii, asertywności) sposób (uwielbiam ten jego jeden, nieustannie powtarzany argument na wszystko:D I nie bardzo mi nawet przeszkadza, że użył też dodatkowo małego szantażyku - na takie typy jak jego tatuś to chyba tak trzeba, twardo po prostu). Nawet ów Mohan, który na początku grzecznie słucha swego ojca, na końcu robi coś, co sam uznaje za słuszne, nie pytając go wcale o zgodę:P  Można się tylko zastanawiać, czy widz,  naoglądawszy się takich wzorców, poczuje się raczej podniesiony 'na duchu i morale' (i bardziej zmotywowany do 'robienia swojego', niezależnie od opinii 'świata', czy nawet bliskich), czy może jednak ciut sfrustrowany refleksją, czy sam, w swym życiu by też tak potrafił? Cóż, to już chyba zależy od widza:) I nie jest to wszystko podane śmiertelnie poważnie, pompatycznie i bez krzty humoru,  samo intro bohatera (nazwijmy je roboczo 'gazetowo-psio-taneczne') wywołuje już uśmiech na twarzy, o następującej słynnej reklamie lodówek (to ten klip, gdzie Chiru tańczy w trzech klasycznych stylach tanecznych) już nawet nie wspominając. No i cały wątek uczucia Muraliego i Lakshmi jest potraktowany dość lekko i rozrywkowo (czytałam, że niektórych on trochę irytuje, dla mnie to był przemyślany kontrapunkt dla głównej historii). Podsumowując zatem: Subhalekha to dobrze oglądająca się (nawet pomimo braku napisów, choć oczywiście wolałabym, żeby były..) opowieść 'o czymś' (znaczy z treścią, przesłaniem, materiałem do zastanowienia się itp). Może nie trafi aż do mojego 'top 3' Vishwanathowych filmów (tam to się nawet Sagara Sanganam nie łapie^^), ale z pewnością zaliczyć go mogę do grona tych najbardziej godnych uwagi:)