piątek, 28 lutego 2014

Czekam na... filmy tamilskie

Po porcji nowych, zestaw jeszcze nowszych filmów - takich dopiero w produkcji :) Tym razem same tamilskie rzeczy, bo ostatnio jakoś głównie przykuwają moją uwagę proma filmów z tej kinematografii.


Jigarthanda, czyli Siddarth w nowym filmie reżysera Pizzy. Wracam do teorii, że Sidowi służy rodzima kinematografia i czekam z ciekawością. Także na to, jak Karthikowi Subbarajowi pójdzie niełatwy 'test drugiego filmu' (bo Pizza bardzo dobra była)


Zwiastun Cuckoo urzekł mnie od pierwszego spojrzenia. Zdjęcia,muzyka, klimat... no i temat (i wierzę reżyserowi, że nie będzie 'jechał' na współczuciu wobec niepełnosprawności bohaterów, ale po prostu chce opowiedzieć poruszającą love story)


Od dawna wyczekuję nowego filmu Santosha Sivana. Znaczy odkąd wiem, o czym na być Ceylon/Inam. Tematyka wojny na Sri Lance jest mi szczególnie bliska,  a na podstawie dotychczasowych doświadczeń mam przekonanie, że najlepiej, najbardziej poruszająco i prawdziwie opowiadają o niej ci, którzy są najbliżej (znaczy Tamile, ew. Keralczycy)


Nawet jeśli ostatecznie
Naan Sigappu Manithan okaże się sztampowym hirołsowcem (a nazwisko reżysera jakoś tak podpowiada), to za sam koncept narkoleptycznego bohatera należy mu się uwaga. Bo to fascynujący pomysł jest. I okazja na kolejną (po Avan Ivan) brawurową rolę dla Vishala.


Nazwiska stojące za Nedunchalai pewnie niewiele powiedzą (no, może że to drugi film reżysera SOK, ale klimaty jak widać całkiem inne), ale co z tego? Promo wygląda ciekawie, więc czekam na ową autostradę.


Ten film nie ma jeszcze zwiastuna, ale myślę, że TAKI first look zupełnie wystarczy^^  Poza tym Kaaviya Thalaivan to film Vasanthy Balana, a to jest bardzo solidna rekomendacja  (z jego filmów tylko  Aravaan mnie nie 'podbił', a dwa inne są na mojej liście ukochanych tamili ever).. No i wygląda, że to coś poniekąd biograficznego będzie, a dobre biografie o artystach to ja uwielbiam:)


poniedziałek, 24 lutego 2014

Filmowy przegląd 2013 roku - kino hindi

Na koniec (wreszcie, bo już mnie ów cykl naprawdę nużyć zaczyna) przeglądu  kino hindi. 'Olewane' przeze mnie przez cały rok, stąd filmów zebrało się naprawdę sporo, zatem opinie mogą być jeszcze krótsze niż zwykle:P

 Bombay Talkies
Bolly na sto lat kina indyjskiego, czyli cztery nowelki opowiadające o tym, ile znaczy w naszym życiu - i jak potrafi na nas wpłynąć - kino (i jego gwiazdy). Dość zróżnicowane w klimacie, stąd duże szanse, że każdy znajdzie swoją ulubioną. Mnie urzekły muzyczne klimaty tej Karanowej (w końcu na dobre uwierzyłam, że on naprawdę zna i kocha stare klasyki), uśmiechnęłam się na części Dibakara (bo jakże często fantazje/marzenia są lepsze, bo bezpieczniejsze, od szansy ich realizacji), trochę rozczarowała nowelka Zoyi, no a najbardziej podobała chyba ta Kashyapowa o tym, ile się w tej 'magii gwiazd' przez lata zmieniło, a  co jednak pozostało takie samo. Najlepszy zaś hołd dla kina hindi następuje na końcu. I nie chodzi mi bynajmniej o te gwiazdorskie 'pląsy na schodach', ale o owe cudowne wcześniejsze 3 minuty (które pewnie, jak zwykle, będę próbować dokładniej 'rozpracować' - znaczy który kadr jest z czego).


Go Goa Gone
Miałam duże opory (film o zombie?? eeee...), w końcu przeważyły dochodzące zewsząd zachwycone opinie. I słusznie, bo naprawdę dobrze się bawiłam, znaczy 'nie takie zombie straszne (nudne), jeśli potraktowane z odjechanym humorem':P I wcale nie przeszkadzała mi nieznajomość gatunku 'wyjściowego' (ale ja i miałam świetną zabawę na brooksowej parodii  Gwiezdnych Wojen bez znajomości oryginału:D) Osobiście najbardziej kocham rosyjskie 'wtręty' (jaki ładny akcent pan miał! no i te stylizowane na cyrylicę angielskie napisy przy rosyjskich dialogach - czaaad!) i żal mi, że Saif (znaczy Borys) też nie mówił nic w tym pięknym języku. Miło też zobaczyć w końcu w tej kinematografii naprawdę uzasadnioną scenę z bikini (gdzie nikt nie próbuje go ogrywać bardziej niż to logicznie potrzebne znaczy). Zazdroszczę oglądającym  film w kinie.

B.A. Pass
Spodziewałam się trochę czegoś innego. Czegoś w stylu Absolwenta, znaczy słodko-gorzkiej opowieści o wchodzeniu (także tym erotycznym) w dorosłe życie? Tymczasem w BA Pass jest tylko gorycz. I mrok (widoczne są zresztą wpływy kina noir). Nawet to poznawanie seksu nie daje, choć przez chwilę, specjalnej radości (chyba trudno by było, skoro już pierwsze zbliżenie bohatera i owej starszej od niego mężatki kończy się wręczeniem  mu pieniędzy, czyli sprowadzeniem wszystkiego do 'usługi'). A potem zostaje już tylko nakręcająca się spirala, z której nie będzie dobrego wyjścia. Jeśli ktoś nie lubi przygnębiać się kinem to zdecydowanie rzecz nie dla niego, pozostałym polecam, bo to dobry, choć smutny film. Jeden z najlepszych w ubiegłym roku w kinie hindi. I taki, który zostaje w pamięci. 


Special 26
Wbrew obiegowej opinii o jego filmach te sensowne zdarzają się ostatnio Akshayowi częściej niż np SRK:P To jest kolejny (po OMG) dowód. Ta osadzona w realiach lat 80-tych historia bandy oszustów podszywających się pod oficerów CBI (i robinhoodujących banki) to sprawnie zrealizowane kino w doborowej obsadzie (i - też wbrew obiegowym opiniom o nim - Akshay wcale nie próbuje wielce zdominować reszty obsady - bardziej zresztą od niego utalentowanej). I nawet para-romansowy wątek specjalnie mi nie przeszkadzał. A najbardziej zachwycił mnie chyba funkujący background (przywodzący mi na myśl ongisiejsze dokonania Burmana, znaczy bardzo kojarzący się z 'klimatem epoki'). Fajne, rozrywkowe kino znaczy.


Matru Ki Bijlee Ka Mandola
Nie sądziłam, że w jednym roku zobaczę dwa indyjskie filmy w bałkańskich klimatach:D Choć nowy film Vishala nie urzekł mnie tak jak keralskie Amen. Chyba za dużo rzeczy Bhardwaj chciał w tym filmie 'upchać' i nie do końca mu ta kombinacja szaleństwa i powagi (społecznego tematu) moim zdaniem wyszła. Najjaśniejszym punktem jest bez wątpienia brawurowa kreacja Pankaja Kapoora i w zasadzie dla niej samej warto zobaczyć ten film (bo wcale nie tak często ten aktor ma  okazję do pokazania, na co go stać - i właśnie głównie u Vishala). Tym bardziej jednak przy nim widać, że Imran - mimo zarostu - aktorem jest marnym:P Szkoda też, iż Anushka po raz kolejny powiela rolę 'bubbly girl' (bo tu akurat można było chyba inaczej). No cóż... może przy kolejnej adaptacji Szekspira Bhardwaj wróci do naprawdę wielkiej formy.
  

LunchBox
Fajnie było zobaczyć znów film indyjski w kinie. W polskim kinie, jako 'zwyczajną' premierę. Na dodatek film, który nijak nie przystaje do obiegowej opinii o bolly. Choć uważam, że jednak reklamy filmu ciut wprowadzają w błąd. Nastawiłam się bardziej na feel good movie (jak keralskie filmy 'o jedzeniu' np), tymczasem z tego najbardziej 'przebija' mi jednak ta samotność - nawet jeśli w końcu pokonywana. Za to obsada jest absolutnie bez zarzutu: Irrfan udowadnia (po raz kolejny) że jest najciekawszym Khanem (chciałabym zobaczyć innego grającego prawie emeryta:P), Nimrat to fantastyczny powiew takiej zwyczajności, o którą u dzisiejszych glamurowych gwiazd strasznie trudno (nawet jeśli grają niby zwyczajne bohaterki), no i 'odkryłam' dla siebie Nawaza (w końcu, bo do tej pory wiedziałam, że jest i że niezłym aktorem jest, ale dopiero tu po raz pierwszy tak naprawdę urzekła mnie jego rola).

 Lootera
Bardzo stylowa, ładnie osadzona 'w klimacie epoki', przepięknie sfotografowana i wypełniona cudowną muzyką (zwłaszcza tą w tle) opowieść, która... zostawiła mnie w sumie obojętną. Doceniam, iż zarówno Sonakshi jak i Ranveer spróbowali wyjść poza swe dotychczasowe  emploi (to zawsze godne pochwały), daleka jednak jestem od zachwytów nad efektem. Po prostu nie bardzo mnie przekonali (zwłaszcza po Sonakshi - po tych licznych zachwytach nad jej rolą - spodziewałam się znacznie więcej) i być może z innymi (lepszymi) aktorami ta historia by jednak zyskała. A tak wyszła trochę ładna 'wydmuszka'- nie ogląda się źle, ale ani bardzo nie porusza, ani nie pozostaje w głowie na dłużej.
 
Kai Po Che
Będę chyba oryginalna, bo nie przypominam sobie, żebym czytała coś takiego w jakiejkolwiek opinii o tym filmie, ale naprawdę od początku ta opowieść bardzo kojarzyła mi się z kinem tamilskim. Bo to z tamtego kina najbardziej kojarzę takie historie o przyjaźni: młodzieńczej, ale nie okołoszkolnej, tylko już takiej wchodzącej w niełatwe, dorosłe życie - takie zwyczajne, bez wielkich perspektyw, za to wcześniej czy później zderzone z brudną polityką (której to jakoś właśnie bardziej na południu pełno wokół - przynajmniej w ich filmach). Choć w porównaniu z takimi tamilami jak np Subramaniapuram czy Naadodigal Kai Po Che jest jednak trochę bardziej 'podkręcone' (jak - nomen omen - krykietowa piłka^^) I nie chodzi mi tu o nic negatywnego, po prostu tempo filmu jest trochę inne, dla mnie zresztą nawet łatwiej 'przyswajalne'. Bałam się trochę tej 'krykietowości', na szczęście ani brak zainteresowania tym sportem, ani orientacji w nim, nie przeszkodził w przejęciu się losami bohaterów. Co dobrze świadczy o filmie:)


Shahid
Shahid czyli męczennik. Tym słowem zwykle określa się muzułmanów oddających życie za wiarę czy kraj.  Kojarzą nam się z kontrowersyjnymi radykalistami. Czy bohatera filmu, zastrzelonego w 2010 roku słynnego obrońcy praw człowieka, Shahida Azmiego, można nazwać i takim shahidem? Hmm.. to zależy. Tak, bo poświęcił swe życie krajowi i sprawie, w którą wierzył. Nie, bo nie walczył przemocą, ale prawem. Nie znałam tej postaci wcześniej. Zaimponował mi. Jakże, w niejednym kraju, potrzebne są takie zdroworozsądkowe osoby, które w trudnych czasach (Azmi zasłynął najbardziej z obrony osób oskarżonych po mumbajskich zamachach z 1992 roku o terroryzm) nie poddadzą się emocjom zbiorowej 'psychozy', ale potrafią walczyć o jedno z fundamentalnych praw demokracji: domniemanie niewinności. Bo w to wierzą. Przeciekawa postać, przeciekawy film. A po dwóch fimach z rzędu (co wcale nie było zaplanowane:D) Rajkummar Rao został moim aktorskim 'odkryciem roku'.


Bhaag Milka Bhaag
Trailery nie wróżyły mi za dobrze, mimo to - za sprawą różnych pozytywnych opinii o filmie -  postanowiłam dać mu szansę. Niestety nie skończyło się jak przy GGG. Gdyby BMB powstał w Stanach można by o nim powiedzieć, że to wzorcowy casus 'filmu pod Oscary' (przypominały mi się różne hollywoodzkie filmy w podobnym stylu). To nie tak, że w ogóle nie lubię komercyjnego, 'gładkiego' i uproszczonego podania, ale co innego kino czysto rozrywkowe (które nie udaje niczego innego), a co innego film, który ma ambicje na 'poważniejsze' kino, a jest zlepkiem przewidywalnych schematów z gatunku 'z dołów, przez trudy i upadki, wytrwałością do zwycięstwa'. Na dodatek bardzo długim zlepkiem. Dawno mi się tak 3 godziny seansu nie dłużyły, no ale ileż można oglądać wlokącej się, totalnie przewidywalnej historii, okraszonych bombastyczną muzyką zwolnień (swoją drogą to paradoks, żeby jeden z najszybszych ponoć ludzi świata biegał głównie w slowmotion:P) i innych takich 'atrakcji' (wątek romansu z 'białaską' - argh! A po co w ogóle była Sonam? itp itd). Nagrody dla Farhana - niech już będzie, ale dla samego filmu  to zdecydowana przesada.


Obejrzane wcześniej:  Gangoobai, Listen..Amaya
Czekam na dvd:  Ugly, Monsoon Shoutout

sobota, 15 lutego 2014

Balu Mahendra - reżyser za kamerą

Po raz kolejny życie zweryfikowało moje blogowe plany. Dojrzała myśl o nowym cyklu, przedstawiającym wielkie postaci kina indyjskiego. Raczej nie gwiazdy (te i tak najbardziej widać), ale twórców - czyli osoby, których nie widzimy (zwykle) na ekranie, a które mają wszak tak wielki wpływ na to, jak to kino wygląda. Które tworzą nową jakość, wprowadzają nowe trendy i pomysły, same tworzą i inspirują innych. Na początek wielki tamilski reżyser i operator, zmarły kilka dni temu Balu Mahendra.

Urodzony i wychowany na Sri Lance Balanathan Benjamin Mahendran od dzieciństwa interesował się fotografią. Podobno myśl o zajęciu się kinem powstała w jego głowie po obejrzeniu Mostu na Rzece Kwai Leana. Ukończył - z wyróżnieniem - kurs operatorski na słynnym instytucie filmowym FTII w Punie i w 1971 roku zadebiutował jako operator zdjęć w keralskim filmie Nellu (Ramu Kariata, czyli reżysera Chemmena zresztą). Przez kilka kolejnych lat kręcił zdjęcia do kolejnych filmów, głównie mallu, w 1977 roku zadebiutował jednak sam jako reżyser. Filmem kannada tym razem (na południu to się bardzo wtedy przeplatało, i twórcy i aktorzy rzadko trzymali się stricte jednego języka, przynajmniej w początkach karier). Kokila okazała się wielkim sukcesem, a Balu dostał za nią swego pierwszego Nationala (z ogólnie 5), nie za reżyserię jednak, czy dla najlepszego  filmu, ale za zdjęcia. Bo - zabierając się za reżyserię - nie porzucił swego 'pierwszego rzemiosła'. Do końca kariery sam kręcił zdjęcia do wszystkich reżyserowanych przez siebie filmów, a także je sam montował, co dawało mu z pewnością większy niż w przypadku większości reżyserów wpływ na końcowy wygląd filmu (znaczy o zdjęciach w filmach Mahendry można powiedzieć, że są naprawdę jego:D) Jako operator Balu Mahendra był jednym z prekursorów kręcenia filmów z jak największym wykorzystaniem  naturalnego światła, specyficznie wykorzystywał tez kolor i ogólnie (pewnie właśnie dlatego, że był i operatorem) w swych filmach opowiadał historie 'bardzo wizualnie'. Notabene za swego mistrza uważają go najbardziej cenieni dzisiejsi operatorzy, jak Santosh Sivan, Ravi K. Chandran czy K.V Anand.  Najsłynniejsze 'zdjęciowe prace' Mahendry u innych reżyserów to tamilskie Mullum Mallarum Mahendrana, telugowe Shankarabhanaram Vishwanatha oraz.. debiut Maniego Ratnama, czyli kannada Pallavi anu Pallavi. 
źródło
Wróćmy jednakże do Mahendry jako reżysera. Większość jego kolejnych filmów powstała jednak w jego ojczystym języku tamilskim (z w sumie ponad 20 trzy to filmy mallu, jeden telugu i dwa hindi - oba zresztą to remaki jego południowych produkcji). Największy sukces odniósł chyba Moondram Pirai (zremakowany zresztą z równie wielkim powodzeniem w hindi jako Sadma) - inspirowana w pewnym sensie jego osobistymi doświadczeniami (o których za chwilę) historia związku dojrzałego mężczyzny i cierpiącej na amnezję kobiety-dziecka. Ten film, prócz wielkiego sukcesu kasowego, przyniósł mu kolejnego Nationala za zdjęcia (plus Nationala dla Kamala - prawie 'etatowego' aktora wczesnych filmów Mahendrana), stanowił więc rzadki przypadek połączenia sukcesu kasowego z artystycznym [jak wspomina teraz Kamal: Balu built the first bridge between a box office hit and good cinema. Moondram Pirai was a silver jubilee hit and it won the national award. The unspoken rule was that most award-winning films would be art films which wouldn’t run. He broke that]. Sam Mahendra jako twórca był jednak najbardziej zadowolony z innych swych filmów:  Veedu (opowieść o problemach średniozamożnej rodziny z budową domu) i Sandhya Raagam (historia osiemdziesięciolatka, który zostaje zmuszony na starość do przeprowadzki do miasta). Oba zostały nagrodzone Nationalami dla najlepszego filmu. Z ciekawych pomysłów warto chyba jeszcze wspomnieć o, inspirowanym luźno Psychozą Hitchcocka, Moodu Pani oraz o ostatnim, zeszłorocznym filmie Mahendry Thalaimuraigal [poniżej fotka z planu], w którym to - poza swymi 'zwyczajowymi zajęciami' reżysera, scenarzysty, operatora i montażysty 73-letni wówczas twórca zadebiutował także...jako aktor (i w recenzjach bardzo był za swą rolę chwalony).
Wspominałam już o operatorach, na których pracę twórczą miała wpływ postać Mahendry, równie zacna jest grupa reżyserów, którzy zaczynali od asystowania w jego filmach (czyli pod jego okiem uczyli się swego fachu). Znajdują się wśród nich bowiem: Bala, Ameer Sultan, Vetrimaaran czy Ram.
Na koniec słowo jeszcze o związku artystycznej pracy Mahendry z jego życiem osobistym. Tragicznym związku. W trzech pierwszych filmach Mahendry jako reżysera zagrała młodziutka, zdolna aktorka Shobha. Szybko połączyła ich nie tylko praca, był to jednak trudny związek. Dużo starszy  Mahendra był już żonaty (i dzieciaty) i wprawdzie że  źródeł wynika, że się ze Shobhą ożenił, sądzę, iż chodzi jednak o - wciąż dość popularny na południu - ślub czysto 'rytualny', który  nie ma znaczenia prawnego (czyli i nie wymaga wcześniejszego rozwodu) *taki drugi ślub ze znanych osób wzięli np Krishna - nie rozwodząc się z mamą Mahesha - czy Harikrisha z matką NTRa Juniora*. W każdym razie sprawa skończyła się tak, iż niedługo przed swymi 18 urodzinami Shobha popełniła samobójstwo. W jednym z wywiadów Balu Mahendra przyznał, iż swe doświadczenia z tego związku w pewnym sensie oddał właśnie tworząc Moondram Pirai, mnie jednak ta historia bardziej przypomina nakręcony przez niego dziesięć lat później film Marupadiyum (notabene remake filmu hindi, inspirowanego osobistymi doświadczeniami innego reżysera, czyli Bhattowego Arth), w którym to reżyser odchodzi od żony dla aktorki, co ostatecznie kończy się najmniej szczęśliwie właśnie dla tej 'drugiej'. Tak to się czasem ciekawie składa, prawda?
A pożegnam się nastrojowym fragmentem z jednego z filmów Mahendry  (nie wspominałam chyba jeszcze, iż muzykę do większości z nich napisał, a jakże, maestro Illayaraja). W wizualizacji młodziutki Pratap Pothen, no i Shobha:

czwartek, 6 lutego 2014

Neelakuyil (1954) - kasta czy człowiek, czyli kwestia niedotykalności w pierwszym keralskim zdobywcy Nationala

Film ważny w historii kina malajalamskiego z paru powodów. Pomijając, iż porusza ważny problem społeczny i jest pierwszym filmem tej kinematografii, który - przez zdobycie Nationala (i zdaje się udział w jakichś festiwalach) - stał się znany i doceniony także poza granicami stanu, był także pierwszym 'natywnym' obrazem mallu, znaczy osadzonym w keralskich realiach i kulturze. Wcześniej podobno filmy malajalamskie kręcili bowiem głównie tamilscy reżyserzy, wg 'tamilskich wzorców', a i piosenki były inspirowane tymi tamilskimi i hindi. 'Neelakuyil' to natomiast, kręcona głównie w plenerach rolniczej Kerali, adaptacja keralskiej powieści, okraszona inspirowaną miejscowym folklorem muzyką. Fabuła stanowi połączenie melodramatu z owymże wątkiem społecznym. W zwyczajnej małej wiosce rozkwita romans między niedotykalną wieśniaczką Neeli a pochodzącym z wysokiej kasty nauczycielem Sreedharanem Nairem. Efektem romansu staje się ciąża, ale Sreedharan, choć deklaruje uczucie do Neeli, nie ma odwagi jej poślubić (wiadomo mezalians, boi się ostracyzmu społecznego itp), co doprowadza zdesperowaną dziewczynę do dramatycznej decyzji... Pierwsza część filmu to głównie rozwój romansu owej pary (z lekkim dodatkiem obrazu życia wsi), co szczerze mówiąc trochę mnie nudziło - zwłaszcza, iż przerywane było co chwilę kolejną piosenką, o taką np, albo taką (w oderwaniu od seansu mi się podobają, ale w trakcie oglądania całości byłam przede wszystkim coraz bardziej zirytowana, że w sumie nic się nie dzieje), ciekawiej moim zdaniem robi się dopiero od połowy -  właśnie po owej dramatycznej decyzji bohaterki i po wkroczeniu 'do akcji' wiejskiego listonosza, który to jest nośnikiem owego społecznego przesłania (że to człowiek, nie kasta ma - czy raczej winno mieć - znaczenie) i moją ulubioną postacią filmu. Notabene gra go sam reżyser (znaczy jeden z reżyserów) i... miejscami wizualnie kojarzył mi się on z Johnnym Walkerem (choć Walker, o ile mi wiadomo, nigdy nie zagrał takiej ciekawej, wzruszającej w sumie roli).
A skoro już jestem przy aktorach: główną parę grają Sathyan (znany choćby z roli męża w Chemmenie) i Miss Kumari. Dla obojga był to ważny przełom w karierze. On był potem przez lata jedną z większych gwiazd kina molly, ona niestety krócej - nie dlatego, że wyszła za mąż i przestała grać, ale dlatego, iż nieszczęśliwe małżeństwo sprawiło, iż jako trzydziestokilkulatka popełniła samobójstwo. Mało szczęśliwy był też los innej aktorki, grającej tu ważną rolę: Prema to jak się okazuje matka znanej np. z Mullum Mallarum młodziutkiej, zdolnej Shobhy. Po jej, niewyjaśnionej do dziś do końca, śmierci matka załamała się i zmarła niedługo potem.  
Neelakuyil to film, który może dziś aż tak nie zachwyca (przynajmniej mnie nie, choć zdecydowanie ma ciekawe momenty, no i przesłanie w sumie aktualne do dziś..), ale, choćby z wymienionych przeze mnie na wstępie względów, warto go znać.  A jest dostępny na YT.

niedziela, 2 lutego 2014

Filmowy przegląd 2013 roku - kino bengalskie


Satyanweshi
Ostatni film zmarłego niedawno Rituparno Ghosha  to stylowy dramat z zagadką kryminalną. Jednego z najsłynniejszych bengalskich detektywów, Byomkesha Bakshiego zagrał w niej...inny reżyser, Sujoy Ghosh (ten od Kahaani). Oto pewien maharadża w swej ostatniej woli określa, na jakich warunkach jego syn będzie mógł zostać jego spadkobiercą. Ma się zatem 'stosownie' ożenić i w ciągu trzech lat spłodzić syna - kolejnego dziedzica. Po połowie wyznaczonego okresu dziecka nie widać, za to tajemniczo zniknął młody pałacowy bibliotekarz. Śledztwo zdecyduje się podjąć świeżo przybyły do pałacu Bakshi. Nie jestem wielką fanką detektywistycznych historii, dlatego - w odróżnieniu od wielu fanów ikonicznego detektywa - nie przeszkadzało mi, że może niekoniecznie był on główną postacią tego filmu (i że dramatu było w nim więcej niż suspensu). Ale najbardziej spodobał mi się klimat, taki właśnie 'pałacowy', niedzisiejszy, powolny, idealny do intryg i ukrytych relacji czy motywów. A może po prostu - nastawiwszy się na straszna nudę - bardzo szukałam pozytywów:D

Goynar Baksho
Zważywszy na zawód przy Iti Mrinalini i nie bardzo zachęcające proma długo zastanawiałam się, czy sięgać po nowy film Aparny. Stara sympatia wygrała:) I aczkolwiek nadal nie jest to ta 'najlepsza Aparna' to ową szkatułkową' opowieść o trzech pokoleniach bengalskich  kobiet - wplecioną, a jakże i w niełatwą historię Bengalu - oglądało mi się całkiem przyjemnie. Urzekło mnie przede wszystkim animowane intro i - rewelacyjna! - Moushimi (grająca zresztą głównie ducha:D). I przypomniało mi się, jak pytana w jednym z wywiadów, dlaczego sama nie zagrała głównej roli w tym, dawno wymarzonym, projekcie, Aparna odpowiedziała, że nie byłaby w stanie zagrać takiej postaci (znaczy przede wszystkim używać takiego 'soczystego' języka^^) i coś w tym jest, bo taką Aparnę faktycznie trudno mi sobie wyobrazić, za to Moushimi jest po prostu bezbłędna i przyćmiła moim zdaniem resztę obsady. Bałam się trochę, na ile zrozumiem całe to historyczne tło, ale nie było tak źle ('okołoghatakowe lekcje' jednak chyba procentują^^) Wprawdzie im dalej, tym bardziej film traci impet (najbardziej lubię część z Konkoną-młodą żoną) ale ogólnie jest nieźle.

Mishawr Rawhoshyo
Właśnie zdałam sobie sprawę, że o trzecim filmie z kolei mogłabym napisać: "pomimo tego, że jest to dzieło bardzo cenionego przeze mnie reżysera (w przypadku Srijita już od debiutanckiego Autographu), długo nie byłam przekonana, że chcę je zobaczyć":D Kakababu może być sobie (kolejnym) ikonicznym literackim bohaterem dla Bengalczyków,  mnie jakoś ten ichniejszy odpowiednik Indiany Jonesa po promach bardzo nie  przekonał. W końcu  jednak obejrzałam i po seansie mogę powiedzieć, że o ile jestem niekoniecznie przekonana co do filmu, tak absolutnie do postaci. W powodzi filmowych bohaterów bazujących coraz częściej na bardzo fizycznej atrakcyjności, Kakababu - utykający pan w średnim wieku, w rogowych okularach, który  jak najbardziej jest przygodowym hirołem, ale imponuje raczej błyskotliwością, erudycją czy opanowaniem, jawi się jak powiew świeżego powietrza:) (uwielbiam zarówno scenę, gdy to tłumaczy pewnemu młodzieńcowi, który to chce mu koniecznie ustąpić miejsce dla niepełnosprawnych, dlaczego to miejsce jest raczej dla tegoż młodziana, jak i np tę, gdy przychodzą po  niego ludzie Al Qadiego) Teraz tylko muszę się przekonać, na ile Kakababu jest taki i w ogóle (i jakkolwiek pewnie niełatwo mi go będzie teraz 'odkleić' od Prosenjita, mam nadzieję, że tak :))

Shabdo
W końcu film, do którego nie przyciągnęło mnie ani nazwisko reżysera, ani aktorzy, ale po prostu pomysł fabularny. Bengalski koncept na uczczenie stulecia kina po prostu mnie urzekł swą niebanalnością. O kim zwykle myślimy (czyją pracę oceniamy) oglądając film? W pierwszej kolejności zapewne aktorów, wiele osób pewnie pomyśli też o reżyserze i scenarzyście, trochę mniej o kompozytorze, operatorze zdjęć, przy filmach 'z epoki' pewnie jeszcze o kostiumologu, bardziej świadomi o dźwiękowcu czy montażyście. Ilu z nas, kinomanów, myślało natomiast np. o kimś takim jak imitator dźwięków (foley artist)? Ile osób w ogóle zdaje sobie sprawę, że - zwłaszcza w kinie indyjskim, gdzie nagrywanie materiału od razu z dźwiękiem jest wciąż rzadkością, ale nie tylko tam - taka profesja w ogóle istnieje? (bo przecież późniejsze 'dogranie' dialogów to nie wszystko) Ja dotąd nie bardzo i to mnie właśnie zafrapowało. A tym bardziej, gdy to po rozpoczęciu seansu okazało się, że nie chodzi tylko o pokazanie specyfiki tej pracy, ale i możliwej jej ceny - co z jednej strony jest nadal niezwykłe (bo specyficzne, jak i samo zajęcie), a z drugiej wnosi jednak jakiś aspekt uniwersalności (wszak pasja, która prowadzi do zaburzeń, zdarza się w wielu profesjach). Jako psycholog z fascynacją śledziłam kolejne etapy: najpierw zrozumienia problemu i przez lekarzy (diagnozy) i przez pacjenta (świadomość choroby), a potem opracowania sposobu leczenia (terapii).  Shabdo to dla mnie dowód, że - choć to owszem coraz trudniejsze - nadal da się jednak pokazać coś całkiem nowego w kinie. I to też fascynujące:)

Shunyo Awnko
Shunyo Awnko, najnowszy film bengalskiego weterana, Gouthama Ghose'a, to mozaikowa diagnoza aktualnej sytuacji kraju i społeczeństwa. Niewesoła w wymowie. Na początku próbowałam ogarnąć wszystkie, przeplatające się wątki, szybko doszłam jednak do wniosku, że nie dam rady, skupiłam się więc głównie na tych dwóch, które mnie najbardziej zainteresowały: historii granej przez Konkonę reporterki, która po paru latach pisania o gwiazdkach trafia na prowincję i z pasją zagłębia się w lokalne problemy (w tym i - wynikającą z frustracji - działalność naksalitów), w czym czuje wreszcie prawdziwy, ważny materiał na reportaż  oraz granego przez Dhritimana Chatterjee lekarza-aktywistę, który nad karierę wybrał służenie ludziom (i medycznie i jako lokalny lider). Trudny film, ale i takie warto czasem poznać.

Tasher Desh
Nawet nie będę próbować udawać, że coś specjalnie zrozumiałam z tego filmu:P To równie prawdopodobne, jak, że ktoś, kto ledwie czytał/słyszał o Szekspirze, pojmie coś z awangardowej adaptacji jakiejś jego sztuki. Bo Tasher Desh to 'odjechana' adaptacja Rabindratha Tagora. Co zresztą nie takie dziwne zważywszy, iż film nakręcił kontrowersyjny reżyser Q (ten od Gandu) Także z fabuły nic specjalnie nie zrozumiałam, ale pozwoliłam się chyba urzec fascynującej fantazji reżysera, bo miałam z tego seansu jakąś dziwną frajdę. Myślę, że ten film można szczególnie polecić tym, którzy żyją w przekonaniu, że w kinie indyjskim nie uświadczy prawdziwych eksperymentów:P


Obejrzane wcześniej:  Meghe Dhaka Tara
Czekam na dvd:  Hanuman.com