piątek, 22 lutego 2013

Kolekcja NFDC - patronując ciekawemu kinu

NFDC [National Film Development Corporation - Krajowa Korporacja Rozwoju Filmowego] to indyjska organizacja, która z założenia wspiera dobre kino. Dotąd współprodukowała ona ponad 300 filmów, pracując z uznanymi reżyserami jak S.Ray, Mrinal Sen, Shyam Benegal, Govind Nihalani czy Adoor Gopalakrishnan, ale także wspierając pierwsze filmy dobrze rokujących reżyserów (to z jej finansowym wsparciem swe debiutanckie fabuły nakręcili m.in. Mira Nair, Ketan Mehta, Sudhir Mishra czy Shaji Karun). Niedawno NFDC zaczęła wydawać swoje filmy na dvd - seria Cinemas of  India to gwarancja ciekawego kina, ale i okazja do poznania niebanalnych indyjskich filmów w tych mniej znanych u nas (choć nie tak małych, bo produkujących nieraz po kilkadziesiąt filmów rocznie) językach. Ja dzięki niej zrealizowałam w końcu swoje zeszłoroczne postanowienie o poznaniu jakichś nowych  kinematografii z Indii:D


Bhavni Bhavai (gudżarati, 1980)
Mój pierwszy kontakt z kinem gudżarati (mającym ogólnie dość dobrą opinię - spotkałam się nawet z porównywaniem go do kina mallu czy marathi, tyle że jest mniej znane...) to dość specyficzne przeżycie. Zabierając się za debiut Ketana Mehty nastawiłam się (pewnie za sprawą sporej ilości nagród) na bardzo poważne kino, tymczasem okazała się to rzecz w specyficznej konwencji  folk tale (czyli ludowej opowieści - bhavai to tradycyjny teatr radżastański). Z 'błędu' wyprowadził mnie przede wszystkim grający króla Nasseruddin - trudno by było całkiem na poważnie potraktować jego świadomie przerysowaną rolę:D (zresztą umowności było tam więcej) Film, a raczej chyba przypowieść Mehty (zresztą i narracyjnie to opowiadana dziecku historia) to zatem przede wszystkim okazja poznania kolejnej tradycyjnej indyjskiej formy kulturalnej (zastanawiam się, czy kiedyś uda mi się ogarnąć choć pobieżnie teatralne formy z całych Indii - wątpię:D), no i powrotu do czasów dzieciństwa, kiedy to babcie opowiadały i nam różne, nieraz wcale nie takie sielskie, historie (przynajmniej moja to robiła:))



Parinamam (malajalam, 2004)
Motto mojego pierwszego filmu bolly brzmiało: 'Chodzi o to, żeby kochać rodziców'. I często czytam opinie, jak to filmy bolly tego właśnie uczą. I jakie to fajne w indyjskiej kulturze. Tylko czy to cała prawda? Opowiadający właśnie o starości keralski Parinamam pokazuje, iż niekoniecznie. I nie chodzi tu o żadne spektakularne patologie, a o taki codzienny brak zrozumienia i szacunku właśnie. Najpierw można dać do zrozumienia ojcu, że jego emerytura starcza na mniej niż pensja (nic to, że nadal cała rodzina żyje głównie z tego:P), a on sam 'siedzi i nic nie robi', potem ograniczyć mu ilość ćaju (mleko wszak kosztuje), by ostatecznie zacząć planować wszelkie 'okołodomowe' rzeczy w ogóle nie licząc się z jego potrzebami (bo przecież starsze osoby i tak tylko marudzą, i są problemem..). A widz (znaczy ja:P) coraz ciężej to znosi i coraz bardziej marzy, żeby ktoś wreszcie powiedział owemu synowi i synowej, że za jakieś 20-30 lat ich córeczka może podobnie odnosić się do nich. Niestety nie doczekałam się. Na szczęście w końcu ktoś powiedział przynajmniej to dawno upragnione przeze mnie 'nie'. Dając choć drobne poczucie ulgi... Prawie same nieznane mi twarze (nie kojarzę Oduvila z Achuvinte Amma, a Nizalkuthu dopiero przede mną, więc rozpoznałam tylko Nenumudiego w roli emerytowanego sędziego) i dobre, choć niezbyt 'miłe' kino.


Maya Bazaar (bengalski, 2012)
Film składający się z trzech nowelek, które łączy hmm.. tytułowa maya, czyli iluzja, ułuda? (kontra rzeczywistość). I suspens, widoczny zwłaszcza w pierwszej, opowiadającej o wikłającej się w coraz to nowe związki wdowie, której kolejni wybrankowie w dziwny sposób upodabniają się do jej zmarłego męża. Ta zresztą wzbudziła moje największe zainteresowanie, bo kolejne: o malarzu, który zakochuje się w kobiecie, której nigdy nie widział i ta obsesja pochłania go coraz bardziej oraz o konflikcie racji dwóch profesorów, jeden z których wierzy, a drugi nie, niestety raczej pozostawiły mnie obojętną (czy wręcz znudzoną).


Ek Hota Vidushak (marathi, 1992)
"Był sobie klaun" - tytuł budzi automatyczne skojarzenia z Rajowym Meera Naam Joker. Ale to jednak trochę inna historia. Po pierwsze ze względu na środowisko: bohater jest nieślubnym dzieckiem tancerki tamashy (maracka forma teatralna, którą znam już ze świetnego Natarang, a fanom bolly kojarzyć się może dość modne ostatnio, a pochodzące właśnie z tamashy lavani) i to w tym otoczeniu rozgrywa się spora część filmu (i tak, tradycyjnej muzyki i tańca jest mnóstwo!) Po drugie: bohater rozśmiesza innych raczej za pomocą słowa (w dużej mierze parodiowania - bardziej to przypomina zachodnie stand-up comedy niż tradycyjnego slapstickowego klauna). Wreszcie trudno powiedzieć, by była to dla niego misja sama w sobie: on jednak chce zrobić karierę (i nie wszystkie jego decyzje koniecznie budzą sympatię widza do niego). Ale z czasem sprawa zacznie przybierać coraz bardziej dramatyczny obrót, a  etykietka 'klauna Aburao' raczej uwierać niż przynosić satysfakcję... Zwłaszcza, iż - mimo usilnych starań -  na czyjejś twarzy nie jest w stanie wywołać uśmiechu. To poruszająca, trochę satyryczna, trochę gorzka, ale jednak nie pozbawiona i nadziei, opowieść o odkrywaniu tego, co naprawdę ważne. Mnie urzekła:)


Duvidha (hindi, 1973)
Duch zakochuje się w młodej mężatce, i - chcąc się do niej zbliżyć - przybiera ciało jej męża, który tyle co wyjechał w interesach. Brzmi dziwnie znajomo?:D Tak, nakręcone kilka lat temu Paheli opowiada tę samą klasyczną radżastańską przypowieść. Ale oba filmy robią to w zupełnie inny sposób. Reżyserem Duvidhy jest bowiem uznany reżyser kina parallel, Mani Kaul (moje pierwsze spotkanie z jego twórczością) i w jego interpretacji jest to zdecydowanie kameralniejsza opowieść. Myślę trudniejsza w odbiorze (dla mnie też:D). Bardziej liryczny 'snuj' niż przepełniona ciepłem, kolorami i humorem 'bajka':) Ciekawe, iż Duvidha była ponoć szeroko pokazywana  w Europie. W kinach studyjnych. Ech, żeby i dziś tak trafiało do nich i coś z indyjskiego paralellu...


 Adi Shankaracharya (sanskryt, 1981)
Pierwszy indyjski film w sanskrycie, nagrodzony zresztą 4 Nationalami (w tym dla najlepszego filmu, za scenariusz, zdjęcia i dźwięk) to - jak nietrudno się pewnie domyślić - kino mistyczno-dewocyjne, a konkretniej biografia pochodzącego z Kerali słynnego filozofa (guru) - Adi Shankary. Jeśli ktoś oglądał już tego typu kino raczej wie, czego się spodziewać, jeśli nie - powinien doświadczyć tego samemu:P No specyficzna to rzecz:D Ale jak często można zobaczyć film, w którym mówią w 'martwym' języku?



Gwoli ścisłości powinnam jeszcze wspomnieć o filmie orija (też moim pierwszym w tym języku:)) Sheesha Drusthi czy pundżabskim Anhey Ghorhey da Daan, jednakże owe tytuły, mimo potencjalnie ciekawej tematyki (czy o takie Indie walczył kiedyś właśnie żegnający się z tym światem bojownik o wolność oraz problematyka pozbawiania ludzi domów/ojcowizny w związku z rozwojem infrastrukturalnym kraju), nie zrobiły (niestety) na mnie specjalnego wrażenia, stąd trudno mi napisać o nich coś więcej...
W każdym razie (nawet jeśli nie wszystkie ich produkcje mi 'podejdą') inicjatywa NFDC to naprawdę cenna rzecz:) 


niedziela, 17 lutego 2013

Historia kina mallu na plakacie 'Celluloidu'

Na ten keralski film o pionierze kina mallu czekam już od dość dawna. Kolejne materiały promocyjne  tylko podsycają moje zaciekawienie: pierwszy (też ten postarzony) look Prithviego, trailer, wreszcie przeuroczy OST jakby 'wyjął' ze starego filmu... No a ostatnio zobaczyłam ten plakat i doznałam totalnego rozanielenia: 
Z prostego powodu: rozpoznaję (znam) wszystkich panów pokazanych na fotkach:)  I to też filmowo. Niby drobiazg, ale jak cieszy:D  W każdym razie zaczęła we mnie kiełkować myśl o podzieleniu się tą znajomością:) Bowiem owi panowie to kawał historii kina mallu.
O pierwszym z lewej (Prithviego na razie omijam^^)  już kiedyś trochę na blogu pisałam. Przy okazji seansu jego słynnego filmu. Tego, na planie którego zginął. Fenomen Jayana (a właściwie Krishnana Naira, 1939-80), bo o nim mowa, można by chyba porównać do casusu Rajesha Khanny w bolly. Nie był wybitnym aktorem, ale miał charyzmę i był prawdziwym superstarem. Tyle, że Jayan - poza tym, iż odszedł młodo (co umocniło jego legendę - być może, gdyby żył dłużej, starzałby się w zapomnieniu jak Rajesh) - był znany przede wszystkim jako gwiazda kina akcji. Wysportowany (zanim rozpoczął karierę filmową był oficerem marynarki), z imponującą muskulaturą (którą chętnie eksponował^^) i zawsze wykonujący wszystkie, najbardziej nawet niebezpieczne sceny akcji samodzielnie, bez dublera (co się skończyło, jak się skończyło..) Jayan był idolem mas i młodzieży, no i zdecydowanie prekursorem jak na owe czasy (pisze się zresztą, iż za jego sprawą zmieniło się postrzeganie bohatera w kinie mallu - którzy stali się odtąd właśnie bardziej macho). Pomimo tego, iż od śmierci Jayana minęło już ponad 30 lat, pamięć o nim jest wciąż żywa - jest nadal ikoną, do której się często odwołuje (sama już parę razy miałam z tego radochę podczas oglądania nowych filmów molly:P) i która się wciąż nieźle 'sprzedaje'.
Kolejny pan to megagwiazda kina mallu. Taki keralski Big powiedzmy:D Abdul Khader, znany lepiej jako Prem Nazir (1926-89) ma na koncie główne role w ponad 600 filmach!! (i to zdaje się rekord Guinessa:P). W tym ponad 100 z jedną aktorką (Sheelą) i 39 premier w jednym roku. A zaczynał od teatru (i roli w Kupcu Weneckim:D)  Jak Jayan, choć grał nie tylko w takich filmach, miał głównie image hiroła kina akcji, tak Prem Nazir stał się popularny przede wszystkim dzięki rolom amantów (choć udowodnił też i swój talent dramatyczny). Był epitomią szyku, elegancji, ale i prostoty (także w kontaktach interpersonalnych). Z 'nowinek' wprowadził do mallu typ kina 'bondowskiego' (seria C.I.D). Grał główne role dość długo (przez prawie trzy dekady), w latach 80 jednak postanowił 'ustąpić pola młodszym' i przejść do ról drugoplanowych (w ten sposób w jednym ze swych ostatnich filmów zagrał u boku Mohanlala).
Nie mogłam się oprzeć: Prem Nazir ze Sheelą^^
 Na pewnego rodzaju kontraście do emploi Prema Nazira (delikatnego romantyka) zbudowany był wizerunek Sathyana (czyli Manuela Sathyaneshana Nadara, 1912-71). Ten ex-policjant (który zaczął filmową karierę dopiero koło 40-tki) uważany jest za prekursora realistycznego, naturalnego stylu grania w kinie mallu i tworzył na ekranie głównie męskie, nieraz dość szorstkie postaci. Takie jak w słynnych  Neelakkuyil  czy Chemmen (oba były jednymi z pierwszych sukcesów kina mallu także poza granicami stanu). Dużo zawdzięczał Sethumadhavanowi (o którym to pisałam notkę temu). Podobieństwo do Jayana nie kończy się na poprzedzonym 'mundurową' pracą początku ich karier - Sathyan bowiem też zmarł wcześnie i będąc u szczytu popularności. Tyle że jego dopadła choroba - białaczka. Tuż przed rozpoczęciem filmowej kariery przez Jayana (a notabene Jayan zaczynał od  ról negatywnych:P) Od paru lat w Kerali przyznawane są nagrody pamięci Sathyana.
Wreszcie ostatnia z plakatowych fotek (a pierwsza z prawej) przedstawia jedynego gwiazdora tamtych czasów żyjącego do dziś. I dlatego Madhu (Madhavana Naira, ur. 1939) można było nawet  zobaczyć w niedawnym molly multistarrerze Twenty:20 (i wyglądał tam mniej więcej tak jak na owej fotce u góry). Zanim został aktorem był wykładowcą hindi. Z ogłoszenia trafił do szkoły teatralnej (słynnej NSD), no a potem do filmu. Był wielką gwiazdą (choć może nie aż taką jak Nazir), ale równolegle grywał też w kinie paralell (np u Adoora Gopalakrishnana). Z czasem zajął się też reżyserią i także w tej dziedzinie odniósł sukces. W ramach gościnnych wypraw do sąsiednich kinematografii zagrał m.in u boku debiutującego Biga i.. ojca Rajiniego:D Ostatnio było o nim dość głośno w związku z nagrodami Padma: otrzymał Padma Shri, rzecz w tym, iż keralski rząd wnioskował o wyższą kategorię Padma Bhushan. No cóż, nie pierwszy raz południe ma 'pod górkę' na szczeblu centralnym...
No więc został mi jeszcze jeden pan. Ale nie będę pisać o samym Prithviraju (nie jest jeszcze historią tego kina:P), tylko o postaci, którą gra w tym filmie. Ojcu kina molly, reżyserze pierwszego filmu tej kinematografii, notabene z urodzenia Tamilu - J.C Danielu. Jego historia jest bowiem przeciekawa (i, podobnie jak Prithviego, dziwi mnie trochę, iż kino molly nie zabrało się za ten temat wcześniej).  Tak w zasadzie J.C. Daniel  zajął się kinem głównie z myślą, iż spopularyzuje za pomocą tego, nowego wówczas medium, kalaripayyattu, słynną keralską sztukę walki (w której to był ekspertem). Zaczął od podróży do ówczesnego Madrasu, z myślą, że zdobędzie tam wiedzę i sprzęt potrzebny do nakręcenia własnego filmu. Niepowodzenie (nie wpuszczono go do jedynego wówczas studia) go nie zniechęciło - po prostu pojechał dalej, do Bombaju i tam uzyskał, co chciał:D W 1926 roku wrócił do Kerali i założył pierwsze na tym terenie studio - The Travancore National Pictures. To w nim powstał ów pierwszy, niemy jeszcze filmu mallu - Vigathakumaran (Zaginione dziecko)
Daniel, oprócz tego, iż go napisał i wyreżyserował, zagrał też główną rolę. Film, o unikalnej wówczas tematyce społecznej, wszedł na ekrany w 1928 roku i przyniósł mu głównie kłopoty. Poszło o obecność kobiety (znaczy aktorki) w filmie, co wybitnie nie spodobało się ortodoksom (nie tylko w Indiach tradycyjnie w sztukach występowali raczej tylko mężczyźni, a grające kobiety były traktowane prawie jak prostytutki). Sytuacja zrobiła się tak 'gorąca', że debiutująca Rosie musiała uciekać do sąsiedniego Tamilnadu, gdzie spędziła resztę życia, natomiast Daniel popadł w takie długi, iż musiał sprzedać studio i to był koniec jego filmowych marzeń. Wprawdzie, gdy jakiś czas potem w końcu się 'odkuł' finansowo (dzięki udanej praktyce dentystycznej:P) spróbował jeszcze raz, ale znów stracił wszystkie pieniądze... Zmarł w 1975 roku, bez grosza przy duszy. Ponoć rząd keralski odmówił mu 'artystycznej pensji', argumentując, iż jest on Tamilem, a nie Keralczykiem! A dziś keralskie władze dumnie szczycą się im jako 'ojcem swej kinematografii'.  Czy trudno się więc dziwić, iż z niecierpliwością czekam na ekranizację tak fascynującej historii?

sobota, 9 lutego 2013

'Stree' (1997) i 'Marupakkam' (1990) - 'gościnne' filmy Sethumadhavana

Postanowiłam sobie znów sięgnąć do mojego 'artystycznego' rudrowego pakietu - tym razem obejrzałam dwa filmy jednego reżysera.  Ciekawostka polega na tym, iż choć K.S.Sethumadhavan jest Keralczykiem (fakt, że wychowanym w TN i jako dziecko mówiącym lepiej nawet w telugu niż w mallu:D) i kręcił głównie filmy mallu, te dwa tytuły pochodzą z innych południowych kinematografii. Kolejna to fakt, iż oba zdobyte przez tego cenionego reżysera Nationale otrzymał on właśnie za te, 'gościnne' jak je nazwałam w tytule, filmy (oba są zresztą adaptacjami  napisanych w danym języku powieści). Dla mnie dodatkowo trochę zabawny jest fakt, iż - choć nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Sethumadhavana - nie widziałam dotąd żadnego jego filmu mallu:D (bo wcześniej bolly remake jednego z jego największych sukcesów kasowych, opowieści o nastoletniej miłości i nieślubnej ciąży, czyli Julie. Swoją drogą oryginalne Chattakari to wygląda rzecz tak popularna, że niedawno i Keralczycy zrobili jej uwspółcześniony remake - pod tym samym tytułem). Niestety 'dorwanie' starszych filmów mallu łatwe nie jest:/  No ale do rzeczy, znaczy moich opinii o obejrzanych filmach:)

Stree (telugu, 1997)
Jest taka dość znana książka-poradnik psychologiczny: "Kobiety, które kochają za bardzo". Tytułowa kobieta z tego filmu to właśnie ktoś taki. Prosta, niepiśmienna i niby potrafi zrobić awanturę 'swemu mężczyźnie', wygarnąć mu cokolwiek w złości (ale innym już nie bardzo to wolno:P), ale i tak trwa przy nim - mimo wszystko. Bo wierzy, że to właśnie 'jej mężczyzna' (choć jak się potem okaże nie są nawet formalnie małżeństwem) i zawsze do niej wróci. A on? On bez skrupułów wykorzystuje jej uczucie. Nie stara się o żadną konkretniejszą pracę (w tle mamy zarysowaną ciekawą pozycję tradycyjnego teatru - bo facet ma pewien talent aktorski, znaczy dobry głos, posturę itp -  w związku ze zmieniającymi się czasami: wejściem kina czy upadkiem pozycji zamindarów, którzy byli tradycyjnie mecenasami sztuki. O tym wszystkim czytałam akurat niedawno u Renika), przetrzyma jej chwile gniewu, potem poprzymila się, wyciągnie od niej (albo ukradnie) ostatnie pieniądze i jeszcze wyda je na inną kobietę...Aż by się prosiło dać mu stosowną nauczkę. Ale ona tego nie potrafi... Stree to dość w sumie prosta, nastrojowa (piękne zdjęcia!) i smutna opowieść o, jak to dziś określamy, 'toksycznym' uczuciu.  A w głównej roli można zobaczyć znaną ostatnio przede wszystkim z ról matek (np Ala Modalaindi, 3), a ciut wcześniej z dubbingu (choćby Ash w tamilach) Rohini.
Obraz zdobył Nationala dla najlepszego filmu telugu 1997 roku. Retrospekcja o filmie. Trailer:

Marupakkam (tamilski, 1990)
Na wieść o chorobie ojca trzydziestokilkuletni Ambi przyjeżdża z miasta do rodzinnego domu. Zastana przez niego sytuacja jest dla niego szokiem, bowiem Vembu Iyer zdaje się go wcale nie rozpoznawać, a co więcej 'zapadł się' w milczenie. Relacje między panami zepsuły się jakiś czas temu, gdy to Ambi, wbrew woli ortodoksyjnych rodziców poślubił chrześcijankę. Czemu więc teraz, gdy małżeństwo Ambiego się rozpadło, ojciec tak reaguje? Wyłaniająca się z wewnętrznych retrospekcji Vembu prawda okazuje się zdecydowanie bardziej skomplikowana...  Bo to i w ogóle  bardziej skomplikowany film niż Stree - bardzo wielopłaszczyznowy i kreślący wiele relacji i niuansów, odsłaniających się nam dopiero w miarę kolejnych, trochę rwanych, wspomnień bohatera. To obraz wymagający (czy prowokujący do) solidnej, psychologicznej analizy, bo pola do takowej jest tu mnóstwo. Marupakkam to też film fantastycznie zagrany (ha, w końcu wiem, po kim Surya i Karthi odziedziczyli talent - trzeba by sięgnąć i po jakiejś starsze filmy Sivakumara, bo aktorem jest świetnym!), a rozegrane prawie bez słów zakończenie robi niesamowite wrażenie. I nie dziwi przyznanie Marupakkam aż trzech Nationali (w tym tego głównego: dla najlepszego filmu roku - po raz pierwszy w historii tej nagrody przyznano ją filmowi tamilskiemu). Absolutnie warto zobaczyć. I zwiastun:

Oba filmy zostały też ostatnio (po odnowieniu) wydane na DVD - w kolekcji NFDC (o której to będzie więcej w kolejnej notce:))