sobota, 27 lipca 2013

Świeża 'paczka' filmów z Kerali: 'Celluloid', 'Manjadikuru', 'Natholi Oru Cheriya Meenalla', 'Red Wine', 'Da Thadiya'

Chyba najczęściej sięgam ostatnio po nowości z Kerali (znaczy najwięcej potencjalnie ciekawych, a dostępnych potem z napisami, rzeczy tam znajduję), oto więc kolejna porcja:)

Celluloid
O filmie (a w zasadzie stojącej za nim historii)  pisałam już na etapie oczekiwania na niego. Czy ta opowieść o 'ojcu kina mallu'  sprostała moim oczekiwaniom? Hmm.. nie do końca, ale fakt, że oczekiwania były bardzo wygórowane, a historia chyba trudniejsza do opowiedzenia niż choćby biografia Phalkie'go, który, aczkolwiek nie bez trudności, osiągnął jednak można powiedzieć sukces, więc można było do tego podejść lekko i z humorem. Tymczasem, jak wiadomo, JC Daniel nie miał co liczyć na jakieś uznanie współczesnych (o 'poklepywaniu po ramieniu' przez Anglików nawet nie mówiąc) i zmarł w biedzie i zapomnieniu. Próba mariażu lekkości i entuzjazmu 'fazy tworzenia' w pierwszej części filmu z 'cięższą' w emocje drugą nie do końca Kamalowi wyszła. Doceniając szlachetne intencje twórców (ta historia dawno zasługiwała na opowiedzenie) widz (przynajmniej ja:P) ma jednak poczucie, że czegoś mu tu brakuje. I chyba jednak bardziej od historii Daniela ujęły mnie tu losy Rosy - owej pierwszej aktorki, która dzięki filmowi na chwilę trafiła do innego (normalnie niedostępnego dla niej) świata, po to tylko, by chwilę później tym brutalniej zostać 'ściągniętą na ziemię'. Tak czy siak dla tych, których interesuje także historia czy kulisy kina pozycja raczej obowiązkowa:)

Manjadikuru
Film, na który trzeba się było trochę oczekać, bo powstał już jakieś pięć lat temu, ale jeździł sobie tylko (z sukcesami) po festiwalach, a dopiero niedawno trafił - w końcu - do kin, a potem na dvd (znaczy może są jeszcze szanse i dla Electry np). W międzyczasie reżyserka nakręciła choćby jeden z segmentów w Kerala Cafe czy napisała dialogi do Ustad Hotel. Manjadikuru to, osadzona w latach 70-tych, nostalgiczna i klimatyczna podróż  sentymentalna do czasów, gdy to dorosły już dziś bohater, jako bodajże 10-latek przyjechał z rodzicami do domu dziadków, na rodzinny pogrzeb (i podział majątku). Te kilkanaście dni na wsi wiele go nauczyło: od pływania i łowienia ryb poczynając, na lekcjach życia kończąc. Jeśli chcecie zanurzyć się w takie klimaty (a może i odświeżyć pewne wspomnienia czy emocje z własnego dzieciństwa) to polecam tę niespieszną opowieść. Niekoniecznie zaś z powodu chęci zobaczenia Prithviego, bo jego to głównie tylko słychać (jest narratorem), a widać tylko przez chwilę na koniec:)

Natholi Oru Cheriya Meenalla
Tytuł  (Anchoi nie jest małą rybą) jest równie szurnięty jak sam film, w którym to rzeczywistość przeplata się z pisarską fantazją bohatera tworząc prawdziwie wybuchowy koktajl.  Ja tam lubię różne 'zakręcone' rzeczy, więc mi się podobało, ale pewnie nie do każdego to trafi:) Fahaad ma tu dwa wcielenia i naprawdę trudno mi orzec, czy jest lepszy  jako nerwowo chichocząca przy pisaniu pierdoła czy jako tańczący w halce do ganganam style super pewny siebie maczo^^ No a dodatkowo te smaczki: poczynając od wstępu będącego hmm... specyficzną mahabharatową wariacją, poprzez pomysł, iż bohater urodził się prawie w trakcie tego filmu (i jego alter ego będzie potem używać imienia i kwestii Mohanlalowego antybohatera) na smakowitych (jeśli się włoży trochę wysiłku w ich rozszyfrowanie) cameach kończąc. Zatem jeśli ktoś zechce się też pobawić kinem, to dobry wybór, jeśli  po prostu obejrzeć 'normalny' film może być rozczarowany:)

Red Wine
Dość sztampowy kryminał, w którym to Mohanlal jako oficer policji wyjaśnia sprawę śmierci Fahaada - nieźle zapowiadającego się scenicznego aktora, ale i aktywnego lewicującego działacza. Co ma  z tym wspólnego Asifowy bohater nie zdradzę, niemniej akurat jego rolę uważam za 'najsłabsze ogniwo' (i zastanawiałam się, czy - pomimo rutynowej w sumie fabuły - film by jednak nie zyskał, gdyby obu młodych aktorów obsadzić odwrotnie...) Ogląda się bez bólu, ale i bez wielkiego napięcia. Zastanawiam się też (bezskutecznie), o co miało chodzić z tym tytułowym 'czerwonym winem' (poza tym, że przez chwilę leje się w filmie - podkreślane śpiewaniem piosenki Marley'a zresztą:P)

Da Thadiya 
Ashique Abu (ten od Salt&Pepper czy 22 Female Kottayam) w całkiem innych klimatach - choć znów z niebanalnym bohaterem, bo tytułowym 'grubasem':) Przesłanie (iż nie rozmiar jest ważny, ale to co w środku) doceniam (zwłaszcza widząc jakie - 'modelowe':P - wzorce są lansowane w większości indyjskich filmów), niemniej sam film, pomijając parę smaczków (postać zafascynowanej Rajinim Knight Rider!), oceniam jako średni: ogląda się nieźle, ale bez wielkiego 'przejęcia' i raczej nie zostanie mi na dłużej w pamięci.

niedziela, 21 lipca 2013

Po raz pierwszy w kinie indyjskim..;)

Kiedyś zrobiłam taką notkę o samym kinie telugu, tym razem, w ramach dalszego świętowania 100-lecia kina indyjskiego (i pod wpływem Celluloidu, czyli obrazu o twórcy pierwszego filmu mallu), postanowiłam ująć sprawę szerzej, czyli przybliżyć, kiedy to różne rzeczy pojawiły się po raz pierwszy w kinie indyjskim:) (i to określenie rozumiem jak pan bóg przykazał, a nie jak dziennikarze z północy, że kino hindi z ewent. lekką domieszką bengalskiego:P)

Pierwszy film indyjski: Raja Harishchandra (reż. Dada Saheb Phalke, premiera 3 maja 1913r.) [o rok wcześniejszy Pundalik  w reż. N.G. Chitre i R.G. Torney'a  jako w połowie produkcja brytyjska raczej nie jest uznawany]
Pierwszy fabularny film południowy: Keechaka Vadhan (tamilski, 1917r.)
Pierwszy film dźwiękowy (i jednocześnie pierwszy z piosenkami): Alam Ara (1931r) [w tym samym roku powstały także  pierwsze dźwiękowe filmy: tamilski, telugu i bengalski. Maracki, gudźaracki i pendżabski - rok później. Pierwsze dźwiękowe mallu w 1938r]
Pierwszy kolorowy film: Kisan Kanya (1937r., reż. Ardashir Irani) [Sairandhri z 1933r. też był w kolorze, ale obróbka miała miejsce w Niemczech]

Pierwsza kobieta na ekranie: Durgabai Kamat i jej córka Kamlabai Ghokhle (obie panie zagrały w drugim filmie Phalke'go Mohini Bhasmasur. Jak wiadomo w pierwszym rolę kobiecą grał facet - tak jak to było tradycyjnie w teatrze).
Pierwsza podwójna rola: Lanka Dahan (Anna Salunke, tenże facet, który zagrał kobietę w Raja Harischandra, zagrał tu równocześnie rolę Rama i Sity)
Pierwszy (i jedyny) aktor, który otrzymał nagrodę za najlepszą role kobiecą: Nirmal Pandey (Daayra, 1996r)

Pierwsza kobieta-producent i reżyser: Fatma Begum - Bulbul-e-Parastan z 1926r.
Pierwsza kobieta-kompozytor filmowy: Jaddan Bai (notabene mama Nargis): Talashe Haq z 1935r.
Pierwsza (i jedyna dotąd) kobieta, która równocześnie napisała, wyprodukowała i wyreżyserowała film, zagrała w nim i sama zaśpiewała: Bhanumati - Chandirani z 1953r.
Pierwszy film z samymi kobietami w obsadzie: Bindhaast (1999r, marathi)

Pierwszy film bez piosenek: Naujawan (reż. JBH Wadia, 1937r.). 
Pierwszy film z playback singerem: Dhoop Chhaoon (1935r. Jak wiadomo na samym początku z definicji aktorzy sami śpiewali 'za siebie')
Film z rekordową liczbą piosenek: Indra Sabha (1932r. W tym 4-godzinnym filmie piosenek było ponoć aż 71:D)

Pierwsza anglojęzyczna piosenka filmowa: Now The Moon Her Light Has Shed (Karma, 1933r - śpiewa oczywiście sama Devika Rani - której głos przypomina mi bardzo Marlenę Dietrich:D)

Pierwszy pocałunek na ekranie: Marthanda Varma (mallu, 1933r. Słynny pocałunek Deviki z Karmy miał miejsce ciut później^^)
Pierwszy film wykorzystujący technikę flashbacku: Roop Lekha (1934r)

Pierwsze ekranowe dream sequence: Ghar Aaya Mera Pardesi (Rajowa Awaara oczywiście)


Pierwszy film animowany: Lafanga Langoor (1931r.)
Pierwszy film w technikolorze: Jhansi Ki Rani (1953r.)
Pierwszy film w technice cinemascope (szerokokątnej): Kagaaz Ke Phool (1959r)
Pierwszy film w technice 70 mmSholay (1975r)  [Around the World z 1967r. nie miał 'w pakiecie' dźwięku stereo]
Pierwszy film w 3D: My Dear Kuttichthan (mallu, 1984r.)
Pierwszy film z dźwiękiem dolby1942- A Love Story (1994r.)
Pierwszy film w rozdzielczości 4K: Sivaji: The Boss (tamilski, 2007r.)

Pierwszy film, który przeszedł cenzurę: Orphans Of The Storm (1920r)

Pierwszy 'zbanowany' film: Bhakta Vidur (1921r - ponoć bohater zbytnio przypomniał Gandhiego:P)
Pierwszy film z certyfikatem A (czyli tylko dla dorosłych): Hanste Aansoo z Madhubalą i Motilalem (1950r.) [owa certyfikacja filmów została wprowadzona rok wcześniej, pierwszym filmem ze statusem 'tylko dla dorosłych' ale jeszcze bez tego A było Social Evil z 1929 r.]
Pierwszy film grany w jednym kinie przez ponad rok: Sant Tukaram (marathi, 1936r.) 
Pierwszy film indyjski, który zdobył nagrodę na zagranicznym festiwalu: Seeta (1934r. - film był wyświetlany w Wenecji  i zdobył tam 'dyplom specjalny')

Źródła:

http://www.culturopedia.com/first_in_india_misc.html
http://movies.ndtv.com/bollywood/indian-cinema-100-40-firsts-in-indian-cinema-362362 

http://usefullforall.blogspot.com/2007/11/first-in-indian-movie-cinema.html
http://questionforall.blogspot.com/2009/03/indian-film-quizindian-cinema-quiz.html

piątek, 19 lipca 2013

Klasyczne 'feel good' movies: 'Chitchor' (1976), 'Kissi Se Na Kehna' (1983), 'Khubsoorat' (1980)

Bo takich filmów - lekkich, wywołujących uśmiech na twarzy (nie mylić z 'ha-ha' śmiechem) i wprawiających w dobry nastrój, a przy tym niegłupich  -  nigdy za dużo:) A ostatnio w kinie indyjskim jakby coraz mniej (skoro rutynowym tekstem przy recenzjach tzw. kina rozrywkowego staje się 'leave your brains and have fun ':P a czemu niby rozrywka już nie może być i z rozumem?)

Chitchor to romantyczna komedia pomyłek:) I adaptacja powieści bengalskiej (zresztą jej reżyser - znany mi głównie z przeuroczego Dillagi Basu Chatterjee też jest Bengalczykiem - choć z Radżastanu). Geeta, córka wiejskiego nauczyciela jest już w takim wieku, że rodzina zaczyna myśleć o jej zamążpójściu. Mieszkająca w mieście starsza siostra Geety informuje rodziców, iż na wieś ma przyjechać młody inżynier, który byłby świetna partią dla dziewczyny.  I trzeba go dobrze przyjąć:) Umówionego dnia ojciec Geety z radością wita więc Vinoda na dworcu. Sympatyczny, skromny (choć wszak po zagranicznych studiach) chłopak przypada wszystkim do gustu - nawet Geecie (która początkowo była bardzo niechętna zabiegom rodziców). Tylko, że wkrótce okaże się, iż to nie Vinod miał być tym anonsowanym gościem, a ów dopiero przyjedzie... I co teraz? Ta prosta, niby zwyczajna, a ciepła i przeurocza - i przy tym subtelna - opowieść ujęła mnie za serce. A już szczególnie fakt, iż grana przez młodziutką Zarinę Wahab bohaterka, choć niby 'tylko' naiwna wiejska dziewczyna, potrafiła w decydującym momencie wykazać się prawdziwym charakterem. I chyba wolę taką scenę 'pociągową' niż tę z DDLJ:P Na koniec pomyślałam, że dzisiaj - w dobie takiego przepływu informacji -  już pewnie nie dałoby się nakręcić wiarygodnie takiej historii (remaku sprzed dekady, sądząc po forumowych opiniach, lepiej nie 'ruszać':P)

Dwa kolejne filmy to dzieła innego znanego klasycznego reżysera, bardzo cenionego przeze mnie  Hrishikesha  Mukherjee'ego. Po Kissi se na kehna sięgnęłam jednak bardziej dla głównej pary aktorów: Deepti Naval i Farooqa Sheikha, którzy podbili mnie w Chashme Buddoor. Tu problemem nie jest zdobycie dziewczyny, ale przekonanie do tego małżeństwa ojca Ramesha. Ten bowiem, zniechęcony paradą meganowoczesnych dziewczyn, które 'ogląda' w ramach poszukiwań 'odpowiedniej' synowej, postanawia, iż najlepsza będzie tradycyjnie myśląca dziewczyna bez dyplomu i angielskiego, za to znająca dobrze Mahabharatę. I jak tu teraz przedstawić ojcu ukochaną Ramolę - młodą panią doktor?^^ Zrobić z niej dziewczynę, o jakiej marzy ojciec? A konsekwencje? Tak, wiem, że niektórzy mają obiekcje wobec filmów, gdzie się kogoś oszukuje, udając kogoś innego, ale tu uważam  raz: jest to naprawdę sensownie uzasadnione, a dwa: rodzi i obiekcje natury moralnej u udających (znaczy to też jest 'wygrane' w filmie). A przy tym wszystkim - że film daje momentami i do myślenia (jedna z wypowiedzi ojca: nie jestem ogólnie przeciwko angielskiemu. Sam mam z niego dyplom. Ale nie podoba mi się, że zainteresowanie tym językiem prowadzi zwykle do fascynacji i tamtejszą kulturą, a lekceważenia własnej- czyż nie ma w tym wiele prawdy? i nie tylko o Indie chodzi...) - jest to naprawdę lekkie i zabawne. Ja polecam:)

Ostatnim filmem 'z paczki' był Khubsoorat. Od razu przyznam, iż ta historia pełnej energii i radości życia dziewczyny, której podejście zmienia cały, surowy i smutny (pełen zakazów i sztywnych norm) dotąd dom, w który 'weszła' po ślubie jej starsza siostra, stosunkowo najmniej mi przypadła do gustu. Nie  żeby mi się to jakoś bardzo źle oglądało, po prostu tak 'jednym okiem', znaczy specjalnie mnie nie 'urzekła ta historia'. Zresztą parę innych 'z tego gatunku' (bo to ogólnie dość popularny motyw filmowy) też;) Największe wrażenie zrobiła na mnie grająca główną rolę Rekha, którą kojarzę raczej z zupełnie innym wizerunkiem (kobiety nowoczesnej i stylowej, czy wręcz nawet wampa - zwykle zresztą zbyt wymalowanego:P), a która świetnie wcieliła się tu w rolę takiej 'dziewczyny z sąsiedztwa' (z warkoczykami!:D) I jakoś wątpię, żeby podobnie dobrze poradziła sobie z tą rolą Sonam (która ma zagrać w planowanym właśnie remaku filmu). Dlatego warto sięgać po stare filmy:)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Tamilski rap rulezz!

Nigdy nie byłam fanką tego gatunku muzyki, ale rapowe (albo nazwijmy to szerzej rapowo-hiphopowe) kawałki z kina tamilskiego po prostu wymiatają i tyle:P (i ogólnie ten język zdaje się stworzony do rapowania)  Parę przykładów:

Jeden z chyba pierwszych filmowych rapów - Kadhalan i szalejący Prabhu Deva:


Ale prawdziwy wysyp nastąpił  ciut później:)

Słynny tamilski raper Yogi B 'produkował' się w Polladhavan:


Z kolei w Kattradhu Kalavu mamy srilankijskiego rapera Dinesha:


Numer z Ajithowego Aegana:


Z Dhanushowego Aadukalam (obraz nie pochodzi z filmu):  


 Ostatnio namiętnie przez mnie słuchany numer z Aadhi Bhagavan (wersja wizji nie spoilerująca^^):


I równie świetny kawałek z Ethir Neechal (tu udziela się pendżabski raper Honey Singh):


Czyż nie jest to cholernie 'chwytliwe'?^^


środa, 10 lipca 2013

O miłości i małżeństwie: '"Appunni" (1984), "Thiruthalvadhi" (1992), ''Sindhu Bhairavi" (1985)

Najpowszechniejszy chyba filmowy schemat 'miłosny' (kojarzący się przede wszystkim z bolly, ale przecież popularny i w innych indyjskich kinematografiach) wygląda tak: jest on i ona, spotykają się i zakochują od pierwszego wejrzenia (albo najpierw nie lubią, ale ostatecznie i tak się zakochują^^), potem pokonują (mozolnie, ale z sukcesem) różne przeszkody na drodze do swego związku, a potem, well... potem zwykle mamy 'the end':P  Znaczy mainstreamowe kino indyjskie  (choć czy tylko ono?) lubi celebrować przede wszystkim miłość romantyczną (i przedślubną). A ja się nieraz zastanawiam, czy oni aby będą mieli ze sobą o czym rozmawiać po ślubie:P Na szczęście są też filmy, które ujmują sprawę trochę inaczej (dojrzalej?), pokazując miłość jako nie tylko romantyczne porywy serca, ale także sztukę wyboru życiowego partnera (powiedzmy że tak jak w HDDCS - pomijam tu jakość samego filmu znaczy:P)
Tytułowy bohater filmu Appunni (znów cholernie podobny do Gopiego Nedumudi Venu) od dzieciństwa kocha się w Ammakutty (Menaka). Ona go lubi i pewnie nawet wyszłaby za niego za mąż, ale.. w międzyczasie na jej drodze staje ktoś zupełnie odmienny od prostego, zwyczajnego Appunniego: bogaty, nowoczesny i elokwentny (nauczyciel:P)  Menon Mash. Romantyczny ideał po prostu. Trudno się dziwić, iż Ammakutty ulega jego urokowi, a i jej ojciec zdecydowanie woli takiego zięcia. Appunniemu pozostaje tylko z godnością znieść nową sytuację.. Appunni to prosta, kameralna i ciepła opowieść o ludziach, za jakie kocham kino keralskie:) A jak zwykle Mohanlal wzbudza u mnie automatyczną sympatię do granych przez siebie postaci (nawet jeśli są np. egoistycznymi opijusami:P), tak  tym razem prawie od początku mnie irytował. Nie dlatego, żeby zachowywał się nie tak - po prostu nie mogłam patrzeć jak 'przez niego' cierpi bohater Nedumudiego. Bo to on był tu dla mnie najważniejszy (co było zresztą bardzo miłą odmianą - zwykle widywałam go 'przy Mohanlalu'). Na szczęście przy zakończeniu mogłam odetchnąć z ulgą:)
Bohater kolejnego, także keralskiego  filmu, Thiruthalvadhi to zupełnie inny typ. Żadna tam miłość z dzieciństwa, czy w ogóle sentymenty. Gdy przyjaciele starają się go namówić do małżeństwa odpowiada, że proszę bardzo, jeśli tylko znajdą mu kandydatkę, która spełni całą listę jego wymogów (wykształcona i znająca angielski, nowoczesna, ale umiejąca gotować - i to potrawy z różnych stron świata, śpiewać muzykę karnatyczną i jeszcze kilka innych rzeczy:D) Nietrudno chyba zgadnąć, iż znalezienie kobiety spełniającej owe wszystkie kryteria graniczyć będzie z  cudem, zatem w końcu przyjaciel decyduje się na pewne oszustwo. Tylko, że jak wiadomo, kłamstwo zwykle miewa krótkie nogi:P Wypływającego z filmu morału chyba nietrudno się domyślić: niekoniecznie przy wyborze tej osoby na całe życie warto kierować się ściśle naszą ułożoną w głowie listą wymagań. Podane to jest jednak lekko i z humorem, a przy tym rzadka to chyba okazja zobaczenia Siddigue'a (kojarzonego przez mnie przede wszystkim z rolami negatywnymi, a ogólniej z drugim planem) w głównej, pozytywnej i prawie amanckiej - bo z domieszka komediową -  roli:)
Najcięższy kaliber zostawiłam na koniec:P W tamilskim Sindhu Bhairavi Sivakumar (przypominam: ojciec Suryi i Karthiego) gra JKB, uznanego pieśniarza  karnatycznego, który ma jednak poczucie, że czegoś mu w życiu brakuje. Cóż, że ma oddaną mu żonę, skoro - mimo starań - nie rozumie go ona jako artysty, nie jest w stanie być mu partnerką w dyskusjach, a na dodatek nie może mieć dzieci... Gdy podczas jednego z koncertów z krytyką repertuaru mistrza występuje pewna miejscowa nauczycielka (Suhasini), JKB najpierw jest urażony, ale szybko dostrzega, że to właśnie ktoś, kto kocha i rozumie muzykę jak on, przy kim może się rozwijać jako artysta. Ich relacja szybko wykracza jednak poza samą płaszczyznę intelektualną....i rozpoczynają się problemy, w efekcie których facet (jakże wygodnie:P) przyjmuje postawę 'ucieczkową', a zasadnicza 'debata' rozgrywa się między obiema paniami. Niestety ostateczne rozstrzygnięcie spowodowało u mnie głównie niedowierzający wytrzeszcz oczu. Nie tego się spodziewałam po Balachanderze (jak nie jestem specjalną fanką jego kina, które ogólnie wydaje mi się zbyt 'przyciężkie', tak cenię jego niebanalne, śmiałe postaci kobiece, ale nie o taką 'niebanalność' mi chodziło:/) No ale zawsze pozostaje świetna, karnatyczna ścieżka dźwiękowa - największa moim zdaniem zaleta filmu. Bo jako całość dużo przyjemniej wspominam choćby oglądany ciut wcześniej inny film Sivakumara, Aatukkara Alamelu (link do YT).
Fabularnie dość sztampowy (zadziorna wiejska dziewczyna i syn miejscowego bogacza zakochują się w sobie, wbrew woli jego ojca pobierają, po czym w ich małżeństwie zaczyna 'mieszać' ktoś trzeci - chętny do przejęcia majątku), ale dzięki ikrze bohaterki (która nawet będąc 'prawomyślną żoną' - co to zawsze męża kocha i mu wybaczy -  potrafi, gdy trzeba, bronić swego [cudna scena sądowa!]), no i boskiemu koziołkowi Ramu (który wędruje do mego pocztu cudownych zwierząt:)) pozostawia naprawdę sympatyczne wrażenia:)

piątek, 5 lipca 2013

'Samskara' (1970) & 'Ghatashraddha' (1977) - paralellowa klasyka z Karnataki


Czyli ciąg dalszy nadrabiania przeze mnie listy filmów wszech czasów (a przy okazji i listy nationalowych filmów:D) I nadal kino kannada. Bo mało je znam, a ma naprawdę ciekawy nurt parallel.

Samskara to właśnie pionier tegoż nurtu w kinie kannada. Pierwszy film z Karnataki nagrodzony Nationalem dla najlepszego filmu. Co ciekawe (bardzo lubię takie odkrycia, a dumnie stwierdzę, że w zasadzie na sam widok nazwiska stwierdziłam, że to telugowe być musi:D) wyreżyserowany i wyprodukowany przez Teluga - Pattabhiego Ramę Reddy'ego (uhonorowanego zresztą pod koniec życia nagrodą.. Puttany Kanagala - fascynujące, ze jeszcze parę dni temu nic by mi to nazwisko nie powiedziało, a teraz nie musiałam sprawdzać, kto zacz:D). Główną rolę żeńską w filmie, pochodzącej z niskiej kasty prostytutki, zagrała zaś żona Pattabhiego:) Za scenariuszem stoi natomiast po pierwsze powieść znanego pisarza kannada,  Ananthamurthy'ego, a po drugie nazwisko jednego z najbardziej znanych twórców kina paralell z Karnataki, Girisha Karnada. Który zagrał zresztą w Samskarze także i główną rolę: najbardziej szanowanego w okolicy bramina, którego poukładane, oddane dążeniom do mokshy (wyzwolenia) życie zakłóci problem z pogrzebem innego bramina. Zupełnie innego. 'Heretyka', który świadomie odrzucił wszelkie bramińskie zasady i łamał wszelkie świętości. Co teraz zrobić z ciałem takiego człowieka? Teoretycznie może pochować go tylko inny bramin (i powinno to odbyć się jak najszybciej), ale czy nie będzie to aktem 'skażenia' owegoż bramina przez sam kontakt z kimś tak przez swe życie 'nieczystym'? Trudny dylemat . Święte księgi nie pomagają, żadnego znaku 'od bogów' też nie ma, za to..:P 
Film z jednej strony mocno osadzony w indyjskiej, kastowej rzeczywistości (zresztą początkowo miał z tegoż powodu problemy z cenzurą), z drugiej zdaje się być i dość uniwersalny. W każdym razie odnajdywałam w nim i  problemy czy pytania znane mi i z 'naszej', chrześcijańskiej rzeczywistości. 'Czy szabat jest dla człowieka, czy człowiek dla szabatu'?  Do jakiego momentu tworzenie i przestrzeganie zasad ma sens, a gdzie już niekoniecznie?. A potem udajemy, że ich wszystkich przestrzegamy (albo że żałujemy, że nie:P) Czy nie uczciwsze jest życie w prawdzie, zgodnie z sobą? Tylko ile osób ma na to odwagę, zważywszy na potencjalne konsekwencje społeczne?  I tak rodzi się hipokryzja. Mniejsza czy większa ale jednak... Nie dowiemy się, jaką decyzję podejmie ostatecznie bohater, ale możemy pomyśleć nad własną:)
O ile Samskara zrobiła na mnie wrażenie swym przekazem, ale raczej tak 'na chłodno', bardziej 'intelektualnie'  o tyle Ghatashaddha (drugi film z Karnataki nagrodzony Nationalem, notabene adaptacja powieści tegoż samego pisarza) naprawdę mnie poruszyła. Czy dlatego, że bohaterką jest tu kobieta? Czy  że, podczas gdy bramin z Samskary jest cały czas podmiotem - podejmuje własne (jakkolwiek trudne) decyzje, wdowa z filmu Kasaravaliego (drugie ważne nazwisko kannadyjskiego kina parallel) takiego 'luksusu' nie ma. Ani jako kobieta, a tym bardziej jako wdowa. To inni (mężczyźni) decydują za nią, a ona staje się ofiarą. Najpierw bardzo wczesnego wdowieństwa (wiadomo z czym się to wiąże w konserwatywnej społeczności lat 20), potem innego 'błędu', za sprawą którego zajdzie w ciążę. A przecież to niedopuszczalna 'hańba', zwłaszcza w jej sytuacji. Lokalna społeczność (i to nie tylko 'obcy') reaguje okrutnie. Wielkie wrażenie zrobił na mnie pokazany tu 'bez ogródek' proces 'spędzania ciąży'. Całą sytuację w filmie oglądamy zaś oczami  chłopca, który przybył pobierać nauki w szkole prowadzonej przez ojca dziewczyny i który - jako chyba jedyny - zdaje się zachowywać 'po ludzku'. Bo nie rozumie, czemu 'trzeba się odwrócić' i chciałby pomóc. Tyle, że nie jest   w stanie, niestety.  Jest bezsilny tak jak widz:/
Swoją drogą zastanowiło mnie też pewne podobieństwo 'tytułowe' obu filmów. Oba oznaczają bowiem konkretne rytuały pogrzebowe. Które jakoś więcej  mówią tu o wykonujących (czy mających je wykonać) żywych (zresztą, czy nie zwykle tak jest? i to też ciekawa sprawa...). Czy mamy bowiem prawo decydować o czyimś 'zasłużeniu' na pochówek?
I dla takich, ważnych pytań warto sięgnąć po klasyki kina parallel z Karnataki:)