wtorek, 29 kwietnia 2014

'Jaatishwar' (2014) - w hołdzie 'bengalskości'

Gdy dotarły do mnie pierwsze wieści o tym projekcie, mimo całej sympatii do reżysera (Srijit Mukherji) i odtwórcy głównej roli (Prosenjit), nie bardzo byłam zainteresowana. Wiem już, czym 'pachnie' indyjskie kino 'mistyczno-dewocyjne' (że nie jest to lekka rzecz znaczy, zwłaszcza dla cudzoziemca), widziałam też klasyczną wersję biografii Anthony'ego Firingee, Portugalczyka, który stał się  ikoną  Bengalu (czegóż nie robi się dla zobaczenia Nationalowej roli Uttama Kumara:P) i stwierdziłam, że wystarczy, nie chcę kolejnych 'wariacji'. Ale gdy pojawił się trailer filmu zmieniłam zdanie:) Okazało się bowiem, że nie będzie to kolejna 'tradycyjna' biografia, ale Srijit ma inny, ciekawy pomysł na film. Że historia dziewiętnastowiecznego barda będzie kontrapunktem do toczącej się we współczesności opowieści i obie będą połączone prawdopodobnie (zwiastun był bez napisów) wątkiem reinkarnacji, czyli kolejnego wcielenia. I spodobał mi się ten pomysł. Bo niesie szansę na hołd dla przeszłości, nie stając się jednocześnie mało przystępnym dla 'przeciętnego' współczesnego (i na dodatek nie-bengalskiego) odbiorcy. Najmniej ciekawy jest chyba sam fabularny pretekst do całej historii: otóż pewien kalkucki Gużaratczyk zakochuje się w rodowitej Bengalce. Ma pecha, bo trafił na językową purystkę, która nie może znieść jego kaleczonej wymowy. Maya stawia  więc warunek, że da mu szansę, jeśli napisze dla niej piosenkę (chłopak jest początkującym muzykiem) i zaśpiewa ją bezbłędnym bengalskim. Kilka lat później Rohit  jest już na studiach w Portugalii, ale nadal nie może zapomnieć o  dziewczynie. Wpada na pomysł, by napisać swoją pracę dyplomową o Anthonym Firingee i przyjeżdża na badania naukowe do Kalkuty. Co z tego wyniknie? Tak, ponowne spotkanie z Mayą też, ale znacznie ciekawsze (bo mnie ten wątek romansowy w ogóle niespecjalnie interesował) będzie poznanie kogoś jeszcze.. Pewnego tajemniczego bibliotekarza.
Jak napisałam, sama historia miłosna była dla mnie najmniej ciekawym (bo najbardziej sztampowym elementem opowieści). Poza pretekstem do dalszego rozwoju fabuły ma jednak ona jeden cenny walor: daje widzowi szansę zastanowić się nad tym, co oznacza dziś tożsamość narodowa (w sensie kulturowym) i czy w ogóle w obecnych czasach, w dobie narastającej globalizacji jest jeszcze na nią miejsce. Na ile to ważne, że jest się Bengalczykiem, Gużaratczykiem, Tamilem, Telugiem (czy Polakiem) itp i gdzie leżą granice 'słusznej dumy narodowej'.  Czy wreszcie przynależność do danego narodu (w tym 'prawo' do korzystania  z jego spuścizny, zwyczajów itp) jest definiowana tylko miejscem czyjegoś urodzenia? (to pytanie stawia część dziewiętnastowieczna, w której widzimy jak niejednokrotnie Firingee - co notabene oznacza 'obcy' - musi stawiać czoła zarzutom, że - jako Portugalczyk i chrześcijanin - nie ma prawa do pewnych stricte bengalskich czy hinduistycznych rzeczy. Że to nie 'jego' tradycje. I w cudownej muzycznej odpowiedzi twierdzi, że Chrystus i Krishna to w zasadzie to samo:)). 
'Jaatishwar' to taki film, po którym wielu Bengalczyków mogło zapewne wyjść z kina z dumą, że są częścią narodu z taką spuścizną kulturalną (a mnie się zrobiło szkoda, że nie ma takiego polskiego filmu.. znaczy chyba nie ma?) To poczucie skojarzyło mi się zresztą trochę z telugowymi filmami - też Vishwanthowymi, ale przede wszystkim Adityą 369 (gdzie to, pod pretekstem podróży w czasie, twórcy oddają  właśnie hołd najpiękniejszemu, 'złotemu' okresowi kultury telugu). I gros zasług za taki klimat i wydźwięk należy się chyba autorowi fantastycznej, przesłusznie nagrodzonej Nationalem, muzyki - Kabirowi Sumanowi. A są to nie tylko tradycyjne pieśni (kabigaany - które notabene były tworzone 'na gorąco' w trakcie 'pojedynków śpiewaczych') - choć te podobały mi się chyba najbardziej, bo Kabir potrafił to świetnie połączyć także z bardziej współczesnymi brzmieniami. Wiele osób uważa , że bollywoody to z definicji musicale (skoro tam tyle śpiewają i tańczą:P), ale tak naprawdę prawdziwie muzycznych filmów indyjskich widziałam nie tak wiele. To jest jeden z nich. A to przesycenie muzyką nie znaczy, że nie ma nic poza tym do zaoferowania widzowi. Mnie  naprawdę urzekł. 

piątek, 25 kwietnia 2014

'Maati Maay' (2006) - kobieta wyklęta...


Chandi to ktoś w rodzaju miejscowej 'wiedźmy'. Wszyscy omijają ją z daleka i określają jako ghula, czyli złego ducha, który może zrobić krzywdę. Dzieci równocześnie boją się jej i wyśmiewają ją. Tylko jeden chłopiec, Bhagirath, uważa inaczej (nie traktując np. jako niedorzeczny pomysłu, że Chandi mogłaby mieć dzieci). Pewnego dnia ojciec chłopaka, Narsu, opowiada mu o przeszłości kobiety. Poruszającą historię 'grabarki', którą 'przeznaczenie' (przejęła po ojcu przypisana ich kaście pracę grzebania zmarłych dzieci i doglądania ich grobów) doprowadziło do obecnego stanu 'pół-obłędu'. Bo Chandi miała moment, w którym poczuła, że nie może już dłużej zajmować się tym zajęciem. Że ono źle na nią wpływa, że już 'nie daje rady'. Ale nikt jej wtedy nie zrozumiał, nie pomógł. A potem wszyscy odwrócili się od niej... Ta smutna historia skojarzyła mi się w pewnym momencie z Khamoshi, gdzie bohaterka także - pomimo poczucia, jak bardzo jej zawodowa rola (i związane z nią oczekiwania innych) zaczyna wpływać na jej psychikę, emocje - nie potrafiła, w zdrowym 'mechanizmie obronnym', jej odrzucić (choć tam bohaterka nie próbowała nawet komuś sygnalizować głośno swego problemu). Tu - mimo całego przejmującego dramatu niezrozumienia - przynajmniej finał jest ciut bardziej optymistyczny, bo jest jednak jakiś promyk nadziei na przyszłość (nawet jeśli pewnych rzeczy się już nie odwróci), moment, w którym widz w końcu myśli: 'Brawo!'
To kolejna bardzo dobra kreacja Nandity, która świetnie oddaje zmieniający się stan i emocje swej bohaterki. Niełatwa jest także rola Atula, bo gra postać, która niespecjalnie budzi sympatię swym zachowaniem - przy czym jest to nie tyle jakieś celowe okrucieństwo, co po prostu ignorancja, brak empatii oraz odwagi. Na szczęście znajdzie się w lokalnej społeczności końcu ktoś, kto wykaże te cechy :)
Reżyserka na planie.
Po film sięgnęłam dość przypadkowo - 'buszując' po YT -  i dopiero po seansie dowiedziałam się, że został nakręcony przez kobietę (coś ostatnio trafia mi się tych filmów pań coraz więcej i bardzo mnie to zresztą cieszy, a i przeważnie dobre rzeczy to są). Chitra Palekar pracuje przede wszystkim w marackim teatrze (gra, pisze i reżyseruje), w kinie pojawia się okazjonalnie i najczęściej jako scenarzystka, rzadziej aktorka (debiutowała ponad 30 lat temu w filmie ówczesnego męża, Amola Palekara), a Maati Maay to jej reżyserski debiut. Tym bardziej szkoda, że do tej pory nie nakręciła kolejnego filmu. Jakieś plany znaczy były, ale nic się do tej pory nie zmaterializowało, zresztą w Indiach z finansowaniem kina autorskiego lekko nie jest, a dla Chitry chyba nie jest to absolutnie priorytetowa rzecz, bo przecież ma i swój teatr i od jakiegoś czasu jest mocno zaangażowana we wspieranie ruchu LGBT, zatem ciekawych zajęć jej nie brakuje. Tylko takim widzom jak ja szkoda.

środa, 16 kwietnia 2014

Laureaci National Awards za 2013 rok

Ogłoszono dziś laureatów najważniejszych, bardzo prestiżowych indyjskich nagród filmowych. Przypomnę może (albo niektórych nawet uświadomię), że Nationale (czyli nagrody krajowe) to jedne z nielicznych już w tej chwili nagród filmowych w Indiach przyznawanych nie w drodze głosowania widzów (jak Filmfary np), ale przez profesjonalne jury.  I sadzę, że to widać po liście laureatów. Bo zdecydowanie nie są to 'rankingi popularności', ale przegląd naprawdę ciekawych tytułów i nazwisk (jasne, zdarzają się i dziwne wybory, ale nikt nie jest idealny - nawet jury^^- a skala 'WTF' przy czytaniu listy nagrodzonych Nationalami jest zdecydowanie minimalna w porównaniu do innych nagród filmowych w tym kraju). W tym roku decyzje jury bardzo mnie ucieszyły:) Ale do rzeczy, czyli oto nagrodzeni w poszczególnych kategoriach:

Najlepszy film: Ship of Theseus (hindi)
Najlepszy debiut reżyserski: Fandry (marathi)
Najlepszy film o integracji: Tharaimurigal (tamilski)
Najlepszy film o sprawach społecznych: Tuhya Dharma Konchya (marathi)
Najlepszy film dot. ochrony środowiska: Perariyathavar (malajalam) 
 
Najlepszy film rozrywkowy:  Bhaag Milka Bhaag (hindi)
Najlepszy film dziecięcy:  Kaphal (hindi)

Najlepszy reżyser:  Hansal Mehta (za film 'Shahid' - hindi)
Najlepszy aktor: 
Rajkummar Rao (za 'Shahida')  i  Suraj Venjaramoodu (za 'Perariyathavar')  
Najlepsza aktorka: Geetanjali Thapa (za 'Liar’s Dice' - hindi)

 
Najlepszy aktor drugoplanowy:  Saurahb  Shukla (za 'Jolly LLB')  
Najlepsza aktorka drugoplanowa:  Anruta Subhas (za marackie 'Astu') i Aida El-Kashef  (za
'Ship of Theseus')
Najlepsza rola dziecięca:  Somnath Avghade (za 'Fandry') i  Sadhana (za 'Thanga Meengal')

Najlepszy scenariusz oryginalny:  P. Sheshadri (za  'December I' - kannada)
Najlepszy scenariusz adaptowany: Panchakshari (za 'Prakuti' - kannada)

Najlepsze dialogi: Sumitra Bhave (za 'Astu')
Najlepszy kobiecy playbacksinger: Bela Shende  za ‘Khura Khura’  (z ‘Tuhya Dharma Koncha') 
Najlepszy męski playbacksinger:  Rupankar za ‘E Tumi Kemon Tumi’  (z ‘Jaatishwar’)
Najlepszy tekst piosenki: ‘Ananda Yaazhai’  (z Thanga Meengal)
Najlepsze piosenki:  Kabir Suman za Jaatishwar‘
Najlepszy background:  Shantanu Moitra za ‘Naa Bangaru Talli'
Najlepsza choreografia: Bhaag Milka Bhaag (za piosenkę 'Maston ka jhund')
 
Najlepsze zdjęcia:  Rajeev Ravi (za 'Liar's Dice')
Najlepszy dźwięk: Madras Cafe (hindi)
Najlepsze efekty specjalne: Jal (hindi)

Najlepszy montaż:  Vallinam (tamilski)
Najlepsze kostiumy:  Jaatiswar (bengalski)
Najlepszy makijaż:  Jaatiswar (bengalski)
 
I najlepsze filmy w poszczególnych językach:
   assamski: Ajeyo
   bengalski: Bakita Byaktigato
   hindi: Jolly LLB
   tamilski: Thanga Meengal
   malajalam: North 24 Kaatham
   pendżabski: Nabar
   maracki: Aajcha Diwas Majha
   manipuri: Leipaklei
   gudżaracki: The Good Road
   telugu: Naa Bangaru Talli
   kannada: December 1
   konkoni: Baga Beach
   anglojęzyczny: The Coffin Maker 


Nagrody specjalne jury:  Yellow (marathi) i Miss Lovely (hindi).

Pełną listę z uzasadnieniami można znaleźć np. tu. 
Jak napisałam na początku, tegoroczna lista laureatów bardzo mi się podoba - niezależnie od tego, że niewiele tytułów (bo zaledwie Shahida, BMB i North 24 Kootam) miałam na razie okazję widzieć. Wiele z nich jednak jak najbardziej kojarzę i z niecierpliwością oraz dużymi nadziejami czekam na możliwość zobaczenia (vide mój dział wyczekiwane, gdzie pisałam  choćby o Tuhya Dharma Konchya, Thaanga Meenkal, Jaatiswar, Naa Bangaru Talli czy Coffin Maker). Aktorsko szczególnie cieszy mnie kolejny (po Salimie Kumarze) casus keralskiego komika, który udowodnił, że potrafi nie tylko  'rozśmieszać', ale i zagrać poważną, Nationalową rolę (i cieszy, że kino mallu daje tym aktorom szansę na takie 'wizerunkowe odmiany').  Brawa dla Suraja znaczy!  (i w tym kontekście w ogóle nie przeszkadza mi, że z 'niczym' został Saswata Chatterjee, którego roli w Megha Dhaka Tara bardzo wcześniej kibicowałam - zresztą zwykle trudno nagrodzić wszystkie naprawdę ciekawe rzeczy powstałe w danym roku, ważne by wybrać też dobre, a nie zdecydowanie słabsze od tych pominiętych:P). Miło zobaczyć sporo nagród dla kina marackiego (które bardzo cenię) i nagrody dla Jaatiswar (niby nie te najbardziej 'prestiżowe', ale cenne, zwłaszcza, że w kategoriach ważnych dla kostiumowego musicalu, jakim jest film, no i w sumie aż 4). Cieszy, że w tym roku przyznano Nationala dla filmu telugu (jak wiadomo różnie z tym bywa:P). Jedynym 'zgrzytem' na razie wydają mi się nagrody dla Bhaag Milka Bhaag - ale to tylko potwierdza obniżającą się ostatnio  rangę kategorii 'najlepszy film rozrywkowy' (choć, swoją drogą, tu nawet nie chodzi o to, że to rozrywka na kiepskim poziomie, ale że nudy straszne wręcz:P Nagrody za choreografię też zresztą nie rozumiem) i nie jest w stanie mi zepsuć ogólnej radości z przyznanych wyróżnień. Znaczy utwierdziłam się w przekonaniu, że jeśli traktować poważnie jakieś indyjskie nagrody filmowe to właśnie te :)

piątek, 11 kwietnia 2014

'Cyanide' (2006) - złapać zabójców Rajiva Gandhiego



Jeśli po zeszłorocznym, nagłośnionym Madras Cafe komuś wydawałoby się, że kino indyjskie nie zajmowało się wcześniej tematyką związaną z zamachem na/zabójstwem Rajiva Gandhiego czy też działalnością 'Tamilskich Tygrysów' (LTTE) to jest oczywiście w błędzie. Wystarczy wspomnieć choćby fantastyczną Terrorystkę Santosha  Sivana. Kilka lat późniejszy film A.M.R. Ramesha (tego, który to niedawno nakręcił Attahasę - filmową biografię Veerapana łączy z obrazem Sivana fakt, że obu reżyserów interesuje nie tyle próba odtworzenia przebiegu tych historycznych wydarzeń (i  jeśli ktoś liczy na szersze poznanie przyczyn czy skutków śmierci byłego premiera Indii to raczej ich z tych filmów nie pozna), ale wybierają z nich fragment, na bazie którego snują własne opowieści. I jakkolwiek bohaterami obydwu filmów są 'tamilscy terroryści' klimat tych historii jest całkiem różny: Sivanowa była bardziej liryczna, wręcz poetycka, Rameshowa to raczej thriller, czyli solidna porcja napięcia i adrenaliny. Wychodząc od podanej przez narratora informacji, o tym, co właśnie się stało (i to jedyny moment filmu, w którym pada nazwisko Gandhiego), obserwujemy tu bowiem sytuację dwóch grup ludzi: ukrywających się na przedmieściach Bengaluru członków  LTTE i miejscowej  policji, która ma za zadanie ich złapać (choć więcej jest o tych pierwszych).  Dwie grupy pod silną presją. Ta policyjna zdaje się być bardziej oczywista (to taki moment, że po prostu muszą się wykazać skutecznością), ale przecież i zamachowcy - nawet jeśli zostali wyszkoleni i są gotowi oddać swe życie za 'sprawę' (jakże przejmująca jest tu scena, gdy to jedna z członkiń ruchu pokazuje zawieszoną na swej szyi fiolkę z tytułowym cyjankiem i mówi z dumą, że to ślubny prezent od męża i że czeka na chwilę, gdy będzie mogła z niego skorzystać) -  nie oddadzą się przecież dobrowolnie w ręce organów ścigania. Rozpoczyna się więc walka z czasem: policja prowadzi swoje intensywne śledztwo, zamachowcy próbują 'przeczekać' aż do czasu, gdy zostanie im zorganizowany 'przerzut'. Taka sytuacja wzbudza oczywiście olbrzymie emocje...Które udzielają się i widzowi. Nawet jeśli zasadniczo wie, jak to się skończy. Bo to jest po prostu bardzo dobrze zrealizowany film.  Niecałe dwie godziny świetnie skonstruowanego dramatu (takiego trochę w hitchcockowskim stylu). Z bardzo dobrymi zdjęciami, montażem i backgroundem (a bez żadnych piosenek i innych rozpraszających 'pierduł').  Ze świetnym zespołem aktorskim, który potrafi pokazać swych bohaterów tak bardzo 'po ludzku' (jakże miło było mi odkryć, że niektóre twarze są mi już jakoś znane - nawet jeśli nie potrafiłam ich sama skojarzyć z nazwiskiem/inną rolą). Trudno tu kogoś wyróżniać jako lepszego, mnie jednak chyba 'w głowie'  szczególnie  utkwiły panie: wspominana już członkini grupy i żona 'przechowującego' ich człowieka.  Może - jako też kobiecie - po prostu łatwiej mi było je zrozumieć/obdarzyć współczuciem? Jeden z najbardziej poruszających fragmentów to też z kobietą: która ogląda fragment filmu opowiadający o losach Onake Obavvy, legendarnej obrończyni fortu Chitradurga.   Ładunek emocjonalny kryjący się za tą sceną (i paralelą) jest niesamowity. Prawem kontrastu zapamiętałam też  te jedyne 'jaśniejsze' obrazy w filmie. Dzięki którym jakby ciut lżej znosi się zakończenie. Niestety potem następuje jedyny 'zgrzyt' w filmie. Kolejne 'wejście' narratora. Nie chodzi nawet, że niepotrzebne, ale zupełnie nie na miejscu.  Mogę tylko próbować zgadywać, czym mogło być podyktowane (i biorę tu pod uwagę i względy cenzorskie jednak). Ale pomijając to to naprawdę kawał świetnego kina. Które gorąco polecam :)  
Trailer: 


wtorek, 1 kwietnia 2014

'Penn Masala', czyli a capella w hindi

Dawno nie było u mnie notki stricte muzycznej, a to idealna okazja.  Wszystko zaczęło się (dla mnie) od tego - bijącego w ostatnich dniach rekordy popularności na YT i mediach społecznościowych (i nie dziwię się w ogóle dlaczego) - utworu:


Absolutnie zachwycił mnie pomysł na muzyczne 'opowiedzenie'  historii muzyki bolly w kilku minutach (aż żal, że twórcy Bombay Talkies to nie ich zatrudnili do 'numeru specjalnego' - wiadome popisy gwiazd na schodach mogą się przy tym schować.. pod schody:P). Przy okazji godna zauważenia - zwłaszcza dla marudzących jak to ostatnio bolly 'zachodnieje'- jest i kwestia ilustrujących dodatkowo poszczególne epoki strojów chłopaków: 'tradycyjne' indyjskie pojawiają się dopiero przy latach 90:P
W każdym razie od razu zaczęłam słuchać, co jeszcze zespół ma w repertuarze - i to też jest baaardzo ciekawe. Zwłaszcza urzekają mnie pomysły chłopaków na łączenie popowych utworów zachodnich z muzyką z filmów bolly. Np takie:

 

Albo (na poważniej^^) takie:  


Czy takie:


Bo w ich interpretacji całość zyskuje zupełnie nową, ośmielę się powiedzieć szlachetniejszą jakość:)  
Nie znaczy to, że ten, istniejący od 1996 roku zespół, złożony z indyjskich studentów Uniwersytetu w Pensylwanii, ma na swym koncie tylko 'przeróbki'. Na wydanych do tej pory 8 albumach można znaleźć bowiem także autorskie rzeczy - także interesujące:


Fragmenty wszystkich piosenek z ostatnich 5 płyt zespołu można odsłuchać na ich oficjalnej stronie.
Polecam też profil na fb. I strasznie lubię takie odkrycia :)