piątek, 13 grudnia 2013

'Jukti Takko Aar Gappo' (1974) & 'Meghe Dhaka Tara' (2013) - pamięci Ritwika Ghataka

Obiecałam przejście od wspominek do przeglądu filmów mijającego już roku i.. zamilkłam. Brak weny to jedno, zasadniczą przyczyną był jednak raczej fakt, że temat, na jaki zamierzałam się porwać, chyba mnie przerósł. Przynajmniej tak stwierdziłam po owych zaplanowanych seansach filmowych. Inspirowanych życiem bengalskiego reżysera, jednego z 'wielkiej, klasycznej trójcy' (obok S.Raya i Mirnala Sena). Tego z najbardziej tragicznym życiorysem (losy Guru Dutta to przy nim prawie sielanka:P). I chyba to wszystko 'do kupy' mnie trochę przerosło: biografia Ritwika, jego postać, kino itp. W zasadzie bardzo się nie dziwię, iż nawet w stanie o tak intelektualno-literackich tradycjach jak Bengal mógł być on twórcą niezrozumianym (a przez to odrzuconym). Bo zasadniczym problemem w życiu Ghataka było chyba to, że chciał tworzyć 'dla ludzi', znaczy traktował kino jak potężne medium, za pomocą którego można dotrzeć ze swym przekazem do wielu odbiorców (ale bez żadnych kompromisów, żeby tym ludziom się łatwiej owe filmy oglądało:P), ale ostatecznie do tych odbiorców nie trafiał. W ciągu swego niedługiego okresy twórczości (wyniszczony alkoholem i gruźlicą zmarł tuż po 50-tych urodzinach - a wyglądał ponoć na ze 30 lat więcej) ukończył 8 fabuł i 10 dokumentów (ukończył, bo wiele projektów zostało przerwanych w trakcie: zwykle przez kłopoty z producentami i wspominaną już niezdolność twórcy do jakichkolwiek kompromisów), z tego tylko 5 filmów fabularnych weszło do kin za jego życia  (i nie chodzi tu tylko o te ostatnie, także debiut Ghataka miał swą premierę dopiero po jego śmierci. A utrzymany jak najbardziej w neorealistycznej stylistyce film został nakręcony trzy lata przed Ray'owym Pather Panchali - co oznacza, że to Ritwik mógł stać się pionierem 'nowej fali' w Indiach. Czy wtedy reszta potoczyłaby się inaczej? Tego się już pewnie nie dowiemy...),  tylko jeden z nich (Meghe Dhaka Tara) odniósł finansowy sukces, a inne potrafiły np. bez uprzedzenia być 'zdejmowane z ekranów' przez dystrybutorów (przez marksistowskie - demonstrowane, a jakże i w filmach - poglądy Ghataka? chyba nie tylko, bo innym twórców jakoś to aż tak nie zaszkodziło...)
Dwa lata przed śmiercią, będący już w kiepskiej kondycji (choćby notorycznie wymiotujący krwią) reżyser zdecydował się nakręcić na poły autobiograficzny film (w którym - poza reżyserią, scenariuszem i produkcją - zagrał i główną rolę) Jukti Takko Aar Gappo. Rzecz, którą równocześnie można traktować chyba też jako jego alegoryczny manifest artystyczny (poczynając już od znaczenia imienia bohatera: Nilkantha to wszak jedno z imion Śivy - tego, który wypił truciznę, by ocalić świat od destrukcji) - złamanego życiem, przebywającego aktualnie w szpitalu psychiatrycznym (dokładnie tak wyglądały losy Ghataka) intelektualisty-alkoholika. Człowieka nie tylko niezrozumianego przez świat (jakże częsty motyw  u przedwcześnie zmarłych artystów, roboczo, na poły psychologicznie nazywany przeze mnie syndromem: 'ja jestem ok, świat nie jest ok':P), ale także zdającego sobie sprawę i z własnych słabości (i stanu, do których one doprowadziły). Są też rozliczenia z aktualną sytuacją społeczno-polityczną (charakterystyczny dla Ritwika był też syndrom 'uchodźcy'. Temat podziału Bengalu i jego skutków pojawiał się zresztą często i w jego filmach)  To trudny film: zarówno w samym odbiorze, ale i niosący bardzo gorzkie przesłanie. 
Sięgnęłam akurat po ten film -  i w ogóle zainteresowałam się bardziej Ghatakiem - w efekcie innej, współczesnej filmowej inspiracji jego losami. Jakkolwiek bowiem Meghe Dhaka Tara (2013) zaczerpnęła tytuł z najsłynniejszego filmu Ghataka, fabularnie odnosi się bardziej właśnie do Jukti Takko Aar Gappo. Bohater nosi takie samo nazwisko - Nilkantha Baghi - i jest w podobnej sytuacji życiowej. Nie jest to jednak jakiś remake, ale swego rodzaju hołd dla kina mistrza - podobnie jak np. Autograph jest hołdem dla Nayaka, tyle że tu chodzi nie o jeden konkretny tytuł a całą twórczość reżysera. I nawet jeśli za słabo znam nawet tę niewielką Ritwikową filmografię, żeby wiele wychwycić, to film zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Klimatem, stroną wizualną (ech, te wspaniałe czarno-białe zdjęcia), muzyką, no a Saswata (znany najbardziej z roli w Kahaani) jest tak fantastyczny, że spokojnie mógłby dostać za swą rolę Nationala. Rzecz chyba też nie najłatwiejsza (i na pewno mało 'rozrywkowa':P), ale myślę jednak łatwiejsza w odbiorze od Ghatakowego filmu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz