środa, 26 listopada 2014

Tata Manavadu (1972) - rodzicielska miłość i synowska nauczka

Jednym z podstawowych etosów w kinie indyjskim - zwłaszcza dawniejszym, ale nie tylko - jest kult rodziny. Że szacunek należy się starszym niezależnie od tego, jacy są i co robią. Oglądając tak często  podobne przypadki 'cierpiętnictwa' za sprawą rodziny nieraz marzyłam, że w końcu co poniektórzy dostaną jednak stosowną nauczkę. Owszem, kojarzę przypadek 'tresury' rodziny z Ramudu Bheemudu (zremakowym w bolly jako Ram Aur Shyam), ale tam dokonywała tego osoba obca, po prostu podobna i 'zamieniona miejscem' z krewnym, a to jednak nie całkiem takie 'złamanie kultu' rodzinnej starszyzny, o jakie mi chodziło:P W końcu jednak się doczekałam:D  I dla tego fragmentu Tata Manavadu warto przejść 'cierpiętniczą' większość filmu^^ Ale może od początku :)
Anand z rodziną
Rangaiah jest ubogim robotnikiem. Ciężko pracuje, by zapewnić swemu synowi lepszą przyszłość, którą ma dać Anandowi ukończenie studiów medycznych.  Ale Anand nie docenia starań ojca. Mało że trwoni przesyłane przez niego pieniądze (nieraz pochodzące z zastawiania czego się jeszcze da), ale jeszcze udaje przed kolegami, iż jego ojcem jest bogaty właściciel ziemski. Nie zamierza też po studiach ani wracać do domu, ani żenić się z czekającą na niego kuzynką Geetą.  W końcu udało mu się poznać dziewczynę z bogatej rodziny  i zrobi wszystko, by się w ową familię wżenić. Łącznie z publicznym wyrzeczeniem się ojca. Tymczasem Geeta spodziewa się dziecka Ananda. Ciekawe jest zresztą pokazanie, jak rodzice chłopaka reagują na tę wieść. Owszem, w pierwszej chwili Rangaiah (któremu wieść przekazuje żona Seeta - oczywiście to jej dziewczyna zwierzyła się pierwsza) wygłasza jakże typowe  'ale jak ona mogła do tego dopuścić? Przecież chłopak to tylko chłopak, to dziewczyna powinna znać granice i ich pilnować. Jak my teraz będziemy wyglądać przed ludźmi?'.  
Seeta z Girim
Ale to tylko słowa, czyny - które są wszak ważniejsze - są inne.  Nadal opiekują się ciężarną Geetą jak własną córką, nie padają żadne więcej wyrzuty pod jej adresem, a gdy dziewczyna umiera podczas porodu, wychowują wnuczkę (i jakoś nie ma też nic o owym wyśmiewaniu się ludzi z 'bękarta'). Nie jest im lekko, żal do syna nadal w nich tkwi (choć z drugiej strony nie są przecież w stanie - mimo wszystko - wyrzucić własnego dziecka z serca), a gdy Rangaiah w wyniku wypadku traci wzrok, robi się też bardzo krucho z pieniędzmi. Ale otacza ich miłość - coś, czego brakuje narodzonemu prawie równocześnie z legalnego związku  synowi Ananda - Giriemu.  Gdy, zmuszona biedą rodziny, Seeta decyduje się podjąć pracę służącej w domu syna (nie od początku będąc świadoma, że to jego dom zresztą), mały, spragniony uczuć chłopiec szybko obdarzy ją szczególną sympatią. Nie wiedząc, że to jego babcia (oczywiście ciężko przestraszony sytuacją Anand wymaga na matce obietnicę, że nie zdradzi kim jest, ani się też sam do niej publicznie nie przyznaje). Za to drugą, bogatą babcię mały nazywa 'pieszczotliwie' demonem^^ 
Giri z 'nauczką'
Upokorzenia dla Rangaiaha i Seety zdają się nie kończyć i - przy całej sympatii dla nich (bo to strasznie ciepła, kochająca para) trudno mi było na to patrzeć bez narastającej irytacji (bo maczetą się chciało:P), w końcu nadchodzi jednak upragniony moment  'nauczki'. Którą daje rodzicom dorastający już Giri^^ Z pomocą zaprzyjaźnionego prawnika (mój ulubieniec Gummadi<3) i jego córki. To zdecydowanie moja ulubiona część (nawet jeśli w tym szaleństwie bywa trochę za głośno:D) I nawet zbyt 'ugładzony' finał mi tej radochy nie zepsuł:) Nie liczyłam na familijnym w końcu filmie z tamtych lat na nic innego zresztą - i tak było dostatecznie niebanalnie.  Bo to nie jest wybitne kino (choć przez Telugów bardzo lubiane i często wspominane - w dużej mierze przez obsadę i piosenki, o czym za chwilę;)), ale może i tym bardziej cieszy, że w taką, typową wówczas formułę, udało się wrzucić ciut może mniej 'konserwatywne' przesłanie. Nie tylko chwalące cierpliwe znoszenie podłego nieraz traktowania przez bliskich, ale i pokazujące, że tu też są pewne granice i że na prawdziwy szacunek trzeba sobie jednak zasłużyć.
To może jeszcze o tej obsadzie (zwłaszcza, skoro seans był zaduszkowy - a tu zdecydowanie było kogo wspominać). Najważniejszą osobą, o jakiej się pisze w kontekście tego filmu  jest oczywiście SVR w roli Rangaiaha. Legendarny aktor charakterystyczny (ktoś taki jak dziś Prakash?), znany przede wszystkim z ról mitologicznych (jak NTR był niezrównanym odtwórcą ról Ramy, tak SVR - Rawany),  tym zatem ciekawiej zobaczyć go w raz że we współczesnej (role mitologiczne są specyficzne i aktorsko), a dwa tak pozytywnej i ciepłej kreacji. Zresztą na tle większości obsady (choćby Anjali Devi w roli jego żony, że o Kaikali Satyanarayanie wcielającego się w syna - wyglądającego zresztą raczej jak równolatek 'tatusia':P - nie wspomnę) sprawiał tu wrażenie jednego z najbardziej naturalnie grających. Dorosłego Giriego zagrał popularny telugowy aktor komediowy (tu w swej pierwszej głównej roli) - Raja Babu. Partneruje mu w niewielkiej, ale jakże 'z pazurem' roli Vijaya Nirmala - aktorka i reżyserka (w tym drugim wcieleniu wpisana do księgi rekordów Guinnessa jako kobieta-reżyser z największą ilością filmów na koncie), a prywatnie obecnie druga żona Krishny, czyli macocha Mahesha^^ Sam film był zaś reżyserskim debiutem uznanego telugowego reżysera Dasariego i olbrzymim hitem kasowym oraz laureatem Nandi dla najlepszego filmu 1972 roku.
Furorę zrobiła też zdaje się muzyka z filmu. Zwłaszcza przejmująca pieśń towarzysząca pewnemu nader smutnemu wydarzeniu (stąd wolałbym jej jednak nie linkować). Mogę za to wrzucić numer, który mnie rozbawił i zadziwił. Otóż co się wystawia w trakcie szkolnego (collegowego) przedstawienia? Jakieś mitologiczne kawałki z Mahabharaty czy Ramajany? Inne klasyki?  A skąd:)  Skoczny numer rozważający sensowność planowania rodziny (z którego można się też nauczyć dni tygodnia w telugu - tak bowiem nazywają się pląsające po scenie dzieci, będące symbolem właśnie braku owego planowania:D)


Na początek ze starym kinem telugu (i w ogóle ze starszym kinem) się ten film raczej  nie bardzo  nadaje (irytacja na pewne zabiegi - choćby rozbrajającą symbolikę 'kipiącego mleka' itp -  może sprawić, że na nim się przygoda z tym kinem skończy:P), ale dla tych, którzy się starszych filmów już nie boją może być  to poniekąd  i pouczająca wyprawa w przeszłość. Dla mnie była:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz