Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino hindi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino hindi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 listopada 2025

Satyakam (1969) - Dharmendra jako idealista kroczący ścieżką prawdy

Kolejny raz dopiero smutne okoliczności zmotywowały mnie do nadrobienia czegoś. Dlaczego nie przerzuciłam tu notki o Satyakam wcześniej? Hmm, uważałam go za zbyt mało znany i niełatwy film? Niemniej teraz to idealny ostatni hołd dla Dharmendry. Szkoda tylko, że w przypadku Anupamy nie mam nawet takiego zaplecza....
 
 
 

Dla mnie Bóg jest Prawdą i Miłością 
Bóg jest Sumieniem
Bóg jest Brakiem lęku

Rozpoczynający się takim oto mottem film Hrishikesha Mukherjee opowiada o wierności prawdzie, o życiu bez kompromisów - niezależnie od ponoszonej ceny.

  

Jest rok 1946. Satyapriya (Dharmendra) i jego przyjaciel Naren (Sanjeev Kumar) kończą właśnie studia inżynierskie i wkraczają w dorosłe życie. Naren ma bardziej praktyczne podejście do życia, natomiast pochodzący z rodziny z tradycjami Satyapriya jest niezdolnym do kompromisów idealistą, który za wszelką cenę stara się kroczyć ścieżką prawdy. Czy z tak radykalnym nastawieniem Satyapriya poradzi sobie w nieidealnym przecież świecie? Jak wpłynie na jego losy spotkanie z będącą nieślubnym dzieckiem (a więc 'nietykalną' ) Ranjaną (Sharmila Tagore)?

Starając się żyć godnie (jak na istotę stworzoną przez Boga na swoje podobieństwo przystało) Satyapriya nie uznaje żadnych półśrodków, żadnych ustępstw, żadnego fałszu. I pewnie większość z nas stara się tak żyć, ale zdarzają nam się czasem pewne drobne 'odstępstwa', jak choćby wykorzystywanie części czasu pracy i na sprawy prywatne, także z wykorzystaniem biurowego sprzętu do pozasłużbowych celów (choćby przeglądanie internetu) czy skłamanie dla czyjegoś dobra itp. Taki jest właśnie Naren, najlepszy przyjaciel Satyapriyi. Który jest jak najbardziej porządnym człowiekiem, jednak zdolnym do pewnych wymaganych okolicznościami elastycznych zachowań. Jak bowiem odpowiada w filmie Ranjana na porównanie Satyapriyi do złota, "nie da się zrobić złotej biżuterii z samego złota, aby uzyskać piękny efekt trzeba zawsze dodać jakiś element 'nieczystości', innego kruszca". Ale dla Satyapriyi takie rzeczy są nie do przyjęcia. Dla niego jest tylko 'białe albo czarne', nie ma szarości. Tylko raz miał moment słabości, gdy myśląc o normach społecznych nie zachował się zgodnie ze swoimi zasadami... i to skończyło się źle dla kogoś, kto prosił go o pomoc. Zaraz potem zrobił więc 'tak jak należy' (co doprowadziło go zresztą do poważnego konfliktu z jego własnym ortodoksyjnym ojcem) i odniosłam wrażenie, że jakby w konsekwencji jeszcze bardziej zaostrzył potem swoje wymagania wobec siebie i innych. Ciężko się żyje takiemu człowiekowi ale i ciężko się żyje z takim człowiekiem (łatwiej go chyba tylko podziwiać z daleka). I oba te aspekty pięknie pokazuje ten film. Okazuje się też, że ideały głównego bohatera, choć często wydają się nieżyciowe, 'głupie' i nierealne w końcu w pewnym sensie zwyciężają, choć nie w oczywisty sposób. Symbolika pewnych scen jest porażająca, a podejrzewam, że i tak moja skromna wiedza w zakresie tej kultury nie pozwoliła mi odpowiednio wszystkiego odebrać...

  

A ponieważ akcja filmu rozpoczyna się w 1946 roku, czyli tuż przed odzyskaniem niepodległości przez Indie, to poprzez losy bohaterów mamy okazję i zobaczyć trudne początki młodej, rodzącej się dopiero demokracji z wszelkimi jej słabościami i bolączkami (ten aspekt bardzo mi przypominał i nasze polskie realia po 1989 roku).

Pisze się, że to najlepsza w karierze rola Dharmendry. Trudno mi porównywać tak różne jego role, ale na pewno jest to jedna z najlepszych. Jego delikatna, oparta na półtonach, a jednak wyrazista kreacja, bardzo daleka od tak rozpowszechnionego wizerunku 'uroczego szaławiły', sprawia, że uwierzyłam w tę postać, a bardzo łatwo mogła stać się ona 'papierowa'. Nigdy też wcześniej nie darzyłam granego przez niego bohatera taką ambiwalencją uczuć: od zachwytu i podziwu do zdenerwowania jego zachowaniem i chęcią przyłożenia mu, i tak na zmianę.
Świetnie spisali się także Sanjeev Kumar w roli Narena i Sharmilla Tagore, która zdecydowanie jest najlepszą partnerką Dharama z tego okresu jego kariery - z jednej strony delikatna i bezbronna, ale ma w sobie i godność i stanowczość.

To nie jest łatwy film. Przez pierwszą godzinę miałam ochotę go wyłączyć zdenerwowana tym bezwzględnym 'moralizmem' bohatera. Potem ta opowieść mnie bardzo wciągnęła, ale i tak po seansie zostało mi spore zamieszanie w głowie i więcej chyba pytań niż odpowiedzi. Dodając jeszcze brak specjalnie chwytliwej muzyki 
trudno się dziwić, że film był jedną z największych finansowych klap lat 60.  Jak zresztą  wiele innych świetnych filmów (zwłaszcza powiedziałabym tych o bengalskiej proweniencji).  Satyakam przynajmniej od początku został doceniony przez krytyków (zdobywając m.in. Nationala dla najlepszego filmu hindi). Był to także film, z którego najbardziej dumny był zarówno Dharam, jak i  Hrishi-da.

 



niedziela, 20 lipca 2025

Angry Young Men (2024) - o dwóch takich, co dostawali lakh więcej od Biga

  

Od jakiegoś czasu trzeba już bardzo specjalnego powodu, żebym reaktywowała mój blog i to jest taki powód. Gdy po moim powrocie na Amazon Prime zabrałam się za przeglądanie obecnej oferty i zobaczyłam tytuł 'Angry Young Men'  oczywiście w pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś dokument o Bigu.  I w sumie się ucieszyłam, ale gdy dotarło do mnie, że jednak chodzi nie o niego (w sumie fakt, ci men to pluralis), a o słynny duet Salim-Javed, moja ekscytacja zdecydowanie wzrosła.  Bowiem dokumentów o aktorskich gwiazdach kina jest masa, czasem zdarzają się też o reżyserach (jak ostatnio o Rajamoulim), natomiast dokument o filmowych scenarzystach to prawdziwe rarum. Ale też mamy do czynienia ze scenarzystami wyjątkowej rangi, których status (a i gaże) - co też pokazuje ten dokument - był równy największym gwiazdom. Starczy powiedzieć, że będąc nieznającą hindi gori, bez problemu zidentyfikowałam  2 na 3 tytuły poszczególnych odcinków (każdy z nich jest słynnym cytatem autorstwa owego duetu i na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że ten jeden, który musiałam guglowac, jest najdłuższy:P)

 

Na pomysł dokumentu wpadła  Zoya Akthar, uznała jednak że temat jest zbyt osobisty, żeby zająć się też reżyserią, stąd to zadanie powierzyła Namracie Rao - cenionej edytorce, dla której był to debiut w reżyserskiej roli.  I - zważywszy, że nakręcono ponoć około 800 godzin materiału a ostatecznie dokument liczy 3 czterdziestokilkuminutowe, zwarte i dobrze zmontowane odcinki - to była chyba dobra decyzja. Obie rodziny bohaterów (którzy to sami byli outsiderami, przybyłymi do Mumbaju 'znikąd', ale w chwili obecnej stanowią już głowy dwóch potężnych klanów filmowych) kontrolowały za to w pełni produkcję dokumentu - co zresztą zarzucają im niektórzy recenzenci, wskazując na prześlizgiwanie się nad niektórymi tematami czy  brak odpowiedzi na pewne kłopotliwe pytania. I tak, z całą pewnością w dokumencie dominuje ton takiej nostalgicznej 'feel good' opowieści,  jednak bez nadmiernej gloryfikacji bohaterów (znaczy pozostają ludźmi:P)  i bardzo dobrze się to ogląda.

Struktura narracji jest  dość prosta i chronologiczna. Pierwszy odcinek opowiada zatem o początkach drogi obu panów w branży filmowej (nie wiedziałam, że Salim próbował najpierw zostać aktorem! I że debiutował w filmie w parze z mamą Fary Khan:D Ani też że pierwszy wspólny scenariusz napisali ghostwritersko nie dostając za to nawet żadnej kasy) kończąc się na ich pierwszym wspólnym scenopisarskim sukcesie, czyli Zanjeerze. Drugi - o okresie ich największych sukcesów, z Deewarem i Sholay na czele (tu mamy też bardzo ciekawe zestawienie jednego ze stałych motywów w ich filmach, kochającej maa, z  ich prawdziwymi relacjami ze swoimi matkami), wreszcie trzeci - o powolnym schyłku ich popularności i artystycznym rozstaniu. Ten odcinek stanowi też pewne podsumowanie ich kariery i wyborów z dzisiejszej perspektywy. 

Wspomnienia samej dwójki bohaterów, dziś jowialnych starszych panów, przeplatane są wspomnieniami czy też opiniami innych osób z branży filmowej  i tych gości jest tu tyle, że nie podejmuję się nawet ich wszystkich wymieniać;) Wspomnę zatem tylko o dwóch rzeczach, które najbardziej zwróciły moją uwagę.  Po pierwsze Big, którego jest zaskakująco mało (choćby Jaya pojawia się po raz pierwszy wcześniej i jest jej ogólnie więcej). Moja pierwsza myśl brzmiała: ale jak to?  Przecież to on stal się twarzą tego 'angry young mana'.  I po namyśle doszłam do wniosku, ze być może właśnie dlatego. Żeby ta 'twarz'  nie odwracała zbytnio uwagi od tych, którzy to ten ikoniczny typ bohatera stworzyli, powołali do życia. Bo to oni mają tu być bohaterami. Druga ciekawostka to jedyny gość spoza kręgu kina hindi.  Bardzo jestem dumna, że od razu wpadłam na to, dlaczego to właśnie Yash; ) Nawet jeśli nie należę do wielkich fanów KFG nie da się nie zauważyć, że ten 'angryyoungowy' duch rodem właśnie z tamtych czasów jest w tym filmie kannada obecny bardziej niż w jakiekolwiek produkcji hindi (i to niezależnie od tego, że samych odwołań do filmów Salima-Javeda jest w kinie hindi do dzisiaj masa).


Na samym początku dokumentu Salim opowiada, że jako młody chłopak fascynował się Jamesem Deanem, a potem obejrzał Devdasa i zaczął mieć dylemat, czy bardziej chcieć być Deanem czy Devdasem (to był zresztą pierwszy moment, w którym uśmiech pojawił się na mojej twarzy i tak zostało już do końca filmu). Po seansie Angry Young Men  myślę, że jednak stanęło bardziej na Deanie i chwała bogu, bo Devdas jak wiadomo był idiotą:P A Salima jak i Javeda się po tym seansie lubi bardzo.

 


 

środa, 2 października 2024

Brać życie we własne ręce, czyli kino kobiet na Netflixie

Jako że żadną tajemnicą nie jest fakt, iż zdecydowanie wolę kino regionalne, specjalna notka poświęconą wyłącznie świeżym filmom hindi  (wybrałam same produkcje z ostatniego roku) musi mieć swój dobry powód.  A nawet powody:) W postaci pań poniżej.  Bo kino z fajnymi babkami, które to nie są dodatkiem do facetów, ale same rządzą na ekranie zawsze warto oglądać i polecać.  Zwłaszcza że mamy tu też do czynienia z bardzo szerokim przekrojem gatunkowym.

 

Dhak Dhak 


 
Z indyjskim kinem drogi mam bardzo dobre doświadczenia i Dhak Dhak tylko mnie utwierdza, że warto sięgać po ichniejsze propozycje tego typu, bo to bardzo dobra formuła do pokazania i kraju, i przemiany bohaterów. A jeśli jeszcze tymi bohaterami są kobiety na motorach to już w ogóle:D Panie są cztery i teoretycznie różni je w zasadzie  wszystko: wiek, stan cywilny, background, wychowanie... To. co je łączy (i sprawia że decydują się na tę szaloną wyprawę motorem na Khardung La - najwyższą przejezdną przełęcz nie tylko w Indiach, ale i na świecie) jest jednak ważniejsze: wszystkie chcą czegoś więcej od życia. Więcej niż zostało im przypisane jako kobietom. Owszem, kino drogi ma też swoje schematowe ograniczenia, ale w ramach owej formuły Dhak Dhak zostało bardzo sprawnie zrealizowane i zagrane (ze szczególnym wskazaniem na graną przez Ratnę Pathak Shah Mahi - najwspanialszą moto babcię ever!)


Thank You for Coming

 


Najbardziej ryzykowna pozycja w zestawieniu, która pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Sama miałam obawy i gdyby nie Bhumi w roi głównej nie wiem, czy po streszczeniu bym po niego sięgnęła.  Cieszę się, że jej zaufałam, bowiem moim zdaniem to kolejny, po zakwestionowaniu 'jedynie słusznego modelu pary heteroseksualnej', etap filmowego mierzenia się kina hindi z dotąd wstydliwymi tematami. Mamy tu bowiem do czynienia z kwestionowaniem 'jedynie słusznego modelu osiągania satysfakcji seksualnej'.  Będąca nieślubnym dzieckiem Kanika od dziecka miała 'pod górkę' (co zahartowało jej odporność i nauczyło niezależności). Jednak jedno klasyczne marzenie młodych dziewcząt tkwi i w jej głowie - też szuka swego księcia z bajki. Tyle że Kanika nie oczekuje od niego pierścionka z diamentami czy pałacu, ale... orgazmu, którego to mimo trzydziestki na karku i lat starań, z różnymi kandydatami (boski epizod Anila jako profesora podrywającego dziewczyny na... znajomość z Gulzarem!:D),  nigdy jeszcze nie osiągnęła.  Gdy w końcu niespodziewanie jej się to udaje problem zamiast zniknąć jeszcze rośnie, bowiem ma to miejsce 'na rauszu' i o ile dziewczyna pamięta efekt, to nie bardzo dzięki komu nastąpił... Może i czasem jest to zrobione zbyt grubą kreską ale.... film o kobiecym orgazmie? W Indiach? W głównym nurcie? I bawiąc mówi o ważnych sprawach? No to jest jednak coś!
 

Laapataa Ladies

 

 
13 lat. Tyle trzeba było czekać na drugi film Kiran Rao. Film, którym potwierdziła tylko widoczną już w debiucie reżyserską klasę. Przy tym atmosferą zupełnie inny od Dhobi Ghat. Mroczne mumbajskie przedmieścia zamieniła tu na pełną przestrzeni i kolorów indyjską prowincję. Umiejętność tyleż subtelnego, co głębokiego portretowania postaci  w Laapataa Ladies fantastycznie udało się natomiast połączyć z... humorem (takim inteligentnym, rzadko spotykanym w kinie indyjskim). Wyniosło to drugi film Kiran na jeszcze wyższy poziom, ponieważ - przynajmniej moim zdaniem - stworzenie ciężkiego filmu o czymś (vel artystycznego snuja:P) jest jednak prostsze niż nakręcenie takiego, który jednocześnie bawi, wzrusza i daje do myślenia, a w Laapataa Ladies mamy właśnie to wszystko. Przy tym, będąc filmem bardzo o kobietach, ma też wciąż miejsce na równie świetnie sportretowane, wcale niekoniecznie jednowymiarowe postaci męskie (moim ulubieńcem jest tu pan  policjant, którego to na początku miałam ochotę potraktować wokiem a na końcu ucałować:D)Bardzo dobry reality check stanowi także sam wyjściowy pomysł pomylenia panien młodych: po zobaczeniu trzech identycznie wyglądających brides w jednym przedziale pociągu oglądanie tych wszystkich wypaśnych filmowych wesel już nigdy nie będzie takie samo:P 


Crew   

 

 
Na koniec najbardziej komercyjna propozycja w zestawieniu. Jeśli zastanawialiście  się kiedyś, jak mogłoby wyglądać indyjskie (i babskie) Oceans 11 to myślę, że Crew może nieźle zaspokoić tę ciekawość poznawczą.  Nie ma chyba dobrego polskiego odpowiednika na heist movie, w każdym razie bohaterkami Crew są trzy stewardessy, które 'nabite w butelkę' przez swoją firmę w pewnym momencie decydują się wziąć same co ich (znaczy ekwiwalent iluś zaległych poborów plus oczywiście rekompensatę za straty moralne:P). Nie jestem szczególną fanką ani Kareeny ani Kriti ale scenarzyści na tyle fajnie scharakteryzowali i zróżnicowali postaci bohaterek, że mogłam się dobrze bawić zarówno tym, co je dzieli (czyli zupełnie różnym podejściem do życia, motywacji zawodowych itp), jak i w końcu jak ładnie przekłada się to na efektywne połączenie ich jako partners in crime. I uwielbiam scenę lądowania wg samouczka :D 

niedziela, 24 stycznia 2021

Shiva (1989/90) - Nagarjuna z łańcuchem w kultowym debiucie RGV

 

 

Jak doszło do powstania Shivy?

Po ukończeniu studiów inżynierskich Ram Gopal Varma otworzył wypożyczalnię kaset video, cały czas chodziło mu jednak po głowie nie tylko oglądanie ale i kręcenie filmów. Na szczęście miał ojca, który nie uważał, że to głupie mrzonki i na dodatek miał kontakty w branży filmowej (był kiedyś dźwiękowcem w należącym do Akkinenich Annapurma Studios) i zaprotegował syna jako asystenta reżysera. W Annapurnie RGV miał okazję m.in. poznać Nagarjunę, któremu zaczął przedstawiać swoje filmowe pomysły. Gdy Nagowi spodobał się koncept toczącego się w collegowym środowisku filmu gangsterskiego reszta potoczyła się błyskawicznie. Tak właśnie powstał Shiva, przełomowy film i dla RGV i dla całego kina telugu (to zwłaszcza technicznie). Ponieważ po wielkim sukcesie telugowej Shivy RGV nakręcił szybko jego bolly remake i oba filmy mają identyczny tytuł, tę samą główną obsadę (Nagarjuna, Amala, Raghuvaran, JD Chakravarthy) i w zasadzie bardzo podobną fabułę (o pewnych różnicach potem) - łącznie ze skopiowaną w remaku dużą częścią scen i klipów - moja notka uwzględnia, porównawczo, obie wersje.

Fabuła, czyli o czym jest ten film?


Od strony fabularnej Shiva to jakby połączenie obrazu gangsterskiego światka i skorumpowanego świata polityki (czyli motywu obecnego i w późniejszych filmach RGV) z jakże popularnym dziś w kinie telugu motywem 'jednego sprawiedliwego i niepokornego' (dzielnego studenta oczywiście:D), który postanawia stawić temu czoła. Shiva jako nowy student trafia do collegu, w którym terror sieje banda pod przywództwem JD. Formalnie są oni związkiem studenckim, ale jak się okazuje ich powiązania sięgają dużo wyżej (właśnie w świat gangsterki i polityki), tak że boją się ich nie tylko uczniowie, ale też nauczyciele. Ale Shiva oczywiście postanawia nie dać się zastraszyć i rozpoczyna ostrą konfrontację z JD... (rozpoczętą właśnie ową słynną sceną, w której Nag przygotowując się do walki ściąga łańcuch z leżącego obok roweru i owija sobie go wokół ręki).
 

Remake hindi (bo od tego zaczęłam - ma napisy :D)


Na początku było ciężko, jakoś w ogóle nie mogłam 'wejść' w klimat tego filmu.. Być może naczytawszy się o tym, jaki to ważny film w historii kina telugu, kultowy, trendsetter itp oczekiwałam nie wiadomo czego, a dostałam coś, co jest mi w sumie już teraz znane z wielu filmów południowych (i co z tego że późniejszych, znaczy że to raczej one wykorzystują motywy ze 'Shivy', skoro ja widziałam je wcześniej...). Choć najwięcej skojarzeń miałam jednak z czymś chronologicznie starszym znaczy z 'Pratigathaną' (a w sumie też jej bolly remakiem bo oryginału niestety nie oglądałam). Poza tym, że zamiast nauczycielki tu jest student, dużo elementów wyglądało bardzo podobnie: miasto rządzone przez zuego, zuy w collegu, który jest szefem związku studentów (a oni służą głównemu zuemu do różnych rozrób, znaczy są jego bojówkami więc nie można ich ruszyć) i ktoś nowy, kto chce z tym walczyć (tyle że więcej się bije, choć chce też ze zuym wygrać 'legalnie' przez wybory studenckie). I nawet jest uczciwy policjant, który chciałby coś zrobić, ale nie może, bo co kogo aresztuje, to dostaje telefon i musi go zwolnić. Nie zachwycał mnie też bardzo ani Nag ani Amala, która zdawała mi się bardzo sztampową heroiną, która nie wiadomo dlaczego 'poleciała' na hiroła (no, pewnie bo piękny i dzielny). Dopiero w drugiej połowie filmu zaczęło mi się naprawdę podobać. Rozpoczęła się konkretna akcja (piękna scena walki w deszczu!), podkreślana świetnym backgroundem, zrobiło się więc mocniej i mroczniej, i w końcu losy głównej pary bohaterów zaczęły mnie naprawdę obchodzić. No i absolutnie niesamowity Raghuvaran! Tak się nawet zastanawiałam, że przecież to taki ceniony odtwórca ról negatywnych a jakoś nie umiem przywołać z pamięci jakiejś jednej szczególnej jego takiej roli. To teraz już mam. Właśnie tę. Chodzące bezlitosne zło z fascynującym przerażającym wzrokiem. Ogólnie natomiast brakowało mi trochę w filmie kontynuacji pewnych wątków zarysowanych na początku, jakby pewne postaci trochę zbyt potem 'znikały' (JD czy brat Shivy).
 

Telugowy oryginał (saute)

 

I tu znów niespodzianka. Nie wiem czy dlatego, że tu z kolei nastawiłam się już na tą słabszą pierwszą część, czy że z powodu braku rozumienia dialogów trochę inaczej śledziłam film, ale od początku mnie bardziej zainteresował i jako całość wydał mi się bardziej 'równy'. Postaci bohaterów bardziej mnie od początku zainteresowały. W przypadku Amali różnicę mogą tu robić dwie rzeczy: primo - trochę inaczej pokazano jej poznanie się ze Shivą (bardziej naturalne mi się to wydało), a secundo - miała inny głos, mniej słodki i piskliwy (najprawdopodobniej to głos w bolly jest jej prawdziwym, a w telugu o dziwo podłożyli jej 'normalniejszy'). Z ważnych zmian aktorskich okazało się, że rolę graną w remaku przez Paresha Rawala w oryginale gra Kota Srinivas Rao i on podobał mi się bardziej, bo zagrał 'poważniej' a Paresh trochę jednak poszedł w kierunku przerysowania...
I kiedy tak spokojnie sobie porównywałam obie wersje, znienacka zaskoczono mnie jedną, naprawdę znaczącą zmianą w fabule! Która pozwoliła też na coś, czego mi brakowało w wersji bolly, znaczy jakiś udział rodziny (brata Shivy) i w drugiej części filmu. Różnica jest też w ostatniej scenie filmu. I po namyśle stwierdziłam, że najbardziej odpowiadałby mi mix znaczy zmiana w fabule z bolly, a końcowa scena w tolly :D
Wersja telugu jest również trochę inaczej kręcona, ciut surowsza, w bardziej przytłumionych kolorach (zaskakująco, ale to ta bolly wygląda moim zdaniem bardziej 'południowo').
 

Techniczna przełomowość Shivy i laury dla filmu 


Swój sukces i kultowy status film zawdzięcza w dużej mierze stronie technicznej. RGV nakręcił bowiem kino, jakiego dotąd nie było chyba nie tylko w AP, z dynamicznymi zdjęciami i pracą kamery (to RGV wprowadził do kina telugu steadycam) oraz nowoczesnym sposobem użycia i rejestracji dźwięku.   Nie zrezygnował jednak z tradycyjnych klipów (które, szczerze mówiąc, nie są w tym filmie koniecznie potrzebne).
Poza zarobieniem kupy kasy Shiva zdobył masę nagród, z Nandi dla najlepszego reżysera i scenarzysty (to dla Tanikelli Bharaniego) i National Award dla najlepszego filmu telugu na czele.
O znaczeniu Shivy dla tej kinematografii świadczyć może też fakt, że kilka lat temu Telugowie obchodzili z wielką pompą 25. rocznicę powstania filmu, a RGV nakręcił wtedy specjalny dokument o jego tworzeniu:
 

 

 Czy polecam i którą wersję? 


Owszem, ale chyba lepiej bez oczekiwań wielkiego kultowego dzieła (znaczy to jest dobry film, ale chyba nie tak odkrywczy i nowatorski dziś jak te 30 lat temu) i zdecydowanie porównawczo obie wersje.