niedziela, 12 kwietnia 2015

Okołopremierowo: lost in translation oraz co nieco o różnych postulatach


 Dawno się nie 'wyżywałam' w kwestii bieżących  okołofilmowych wydarzeń, a jest dobra okazja;) Mamy bowiem tydzień premier, które okazały się nie za udanymi przeróbkami czegoś wcześniejszego. Satyra Dharam Sankat Mein np. okazała się nie tylko próbą zdyskontowania niedawnego sukcesu OMG (z którym, jak stwierdza Hungama, w kinie hindi pojawił się nowy prężny ostatnio gatunek  'satyry na praktyki religijne'), ale i remakiem brytyjskiego Infidel. Tyle, że zamiast  megapraktykującego muzułmanina, który okazuje się być z urodzenia Żydem  mamy takiegoż hinduistę, który okazuje się być muzułmaninem. Niestety wygląda, że - mimo imponującej obsady- film 'poległ' w porównaniu z tytułami, których popularność próbował zdyskontować.  Well.. sama obsada zwykle jednak nie wystarcza, jeśli za produktem nie stoi i dobry scenariusz i niezły reżyser, a tu zdaje się zabrakło i tego i tego, i "between its sentimental leanings and farcical outbursts, the superficial sermonising of Dharam Sankat Mein remains just that -- superficial" (Rediff)

Bardziej do przewidzenia już po promach są opinie o hollywoodzkim debiucie V.V.Chopry Broken Horses. Zgodnie z przypuszczeniami film okazał się bladą wersją kultowego filmu tegoż reżysera, czyli Parindy. Chopra promował swój film z iście hollywoodzkim rozmachem (angażując w tym celu choćby Jamesa Camerona), co z tego jednak, skoro zdaje się w ramach 'adaptacji' fabuły dla Amerykanów 'wyprał' film z tego, co w oryginale było najcenniejsze - z pasji i emocji. A jak podsumowuje swą recenzję The Hindu: "if Broken Horses was supposed to be Parinda for Hollywood, the passion, emotion, guilt, love and redemption should all have been there, the songs could have been taken out (even the melodic Tumse Milke, sigh). Or Chopra should have made a completely different film. This straddling of stools always runs the risk of falling in between."
I - jakkolwiek Paloma Sharma z Rediffa sugeruje, iż nieznający oryginału niekoniecznie ocenią film tak surowo - opinie zachodnich krytyków (którzy zapewne nie mają nawet pojęcia o istnieniu Parindy) nie zdają się specjalnie lepsze. 

Najmniej 'ruszają' opinie o Ek Paheli Leela, bo po filmie z Sunny Leone trudno było chyba liczyć na coś inszego niż wyszło:P 

Casusu lost in translation można natomiast dopatrywać się również w przypadku zeszłotygodniowej premiery najnowszej wersji przygód słynnego bengalskiego detektywa - Byomkesha Bakshiego.  Mam tu na myśli zwłaszcza opinie tych, którzy są szerzej zaznajomieni z tym bohaterem, czyli przynajmniej znają i jakieś poprzednie adaptacje powieści Sharadindu Bandyopadhyay'ego (o samym literackim pierwowzorze już nie wspominając). Bo szersza znajomość kontekstu zawsze daje inny ogląd sprawy. Tak jak ma to miejsce np w Rediffowej recenzji Raji Sena:
"There have been many, many Byomkesh adaptations over the years and curiously, it is the auteurs, the most distinctive filmmakers, who have stumbled the most: Satyajit Ray’s funkily shot Chiriakhana might be the legend’s most embarrassing work, Rituparno Ghosh’s last film Satyanweshi was a catastrophically weak Byomkesh, and this is certainly Dibakar’s least impressive script.  Perhaps Saradindu Bandhyopadhay gets in the way. 
The original stories are so beautifully plotted, so inherently appealing on the most basic level, that even watching those old television episodes on YouTube grabs us immediately by the collar.  The multiple Byomkesh adaptations Bengal keeps churning out might not make for great cinema, but, based as they mostly are rather slavishly on Saradindu’s work, enthrall new audiences regardless. 
Detective Byomkesh Bakshy! is the best looking and least captivating of the current lot.
And, as said earlier, he didn't like to be called detective.
Defective Byomkesh Bakshy, then."
Cóż, zapewne nie bez znaczenia jest tu fakt, iż - przy całej mej sympatii wobec Uttama, Raya czy Rituparno - mam dość podobne zdanie o tych ich filmach  i dotąd nie udało mi się specjalnie polubić Bakshiego. Nie sądzę więc, żeby udało się to sprawić Dibakarowi - zwłaszcza, iż na sam wizualny rozmach coraz trudniej mnie 'złapać' :P

W ostatnich dniach pojawiło się również promo 'odgrzewanej' piosenki z filmu Guru z Devem (znaczy z CID-a), śpiewanej w oryginale przez Geetę oczywiście (i wyciętej z oryginalnego filmu przez cenzurę). I jak po promach Bombay Velvet miałam mieszane uczucia (podobnie jak wielu Indusom zwłaszcza Ranbirowa postać kojarzy mi się bardziej z Bigowymi bohaterami z lat 70, niż niby z latami 50-tymi), tak wobec tej przeróbki (zresztą i inaczej zatytułowanej) mam jasne zdanie: nie, nie i nie. I mówię to jako wcale nie Gurowy 'ortodoks'. I zamieszczę tu oczywiście tylko i wyłącznie oryginalną wersję :P Nawet jeśli - zważywszy na nieznalezienie się jej w ostatecznej wersji filmu - nie ma do niej klipowej wizualizacji:
Na południu wiele się w tym tygodniu nie dzieje (poza przenoszeniem terminów premier filmów, które liczyłam obejrzeć w Lądku:/) U Tamili chyba żadnych premier nie było, w Kerali remake Maryada Rammana z Dileepem (ponoć nieoglądalny - zresztą jak i insze ościenne remaki tego filmu:P), a w AP jeden duży film - S/o Satyamurthy, czyli kolejne spotkanie Allu Arjuna z Trivikramem. Znaczy nic specjalnie ciekawego (choć rzecz ponoć bardziej dydaktyczna niż zwykle filmy Trivikrama i mniej stajlowa niż zwykle filmy Arjuna:P) Wspomnieć warto natomiast o oświadczeniu reżysera, żeby widzowie bynajmniej nie przejmowali się recenzjami (bo on sam nigdy tego nie robi). Jakkolwiek sama mam - łagodnie mówiąc - nie za dobre zdanie o poziomie telugowych krytyków i bardzo utożsamiałam się z niedawną ich krytyką wygłoszoną przez Praveena Sattaru po zdobyciu przez jego (kiepsko przyjęty wcześniej w AP) film Nationala, tak tu sytuacja jest inna.  Zarzut braku 'walorów rozrywkowych' przy takim filmie jak Chandamama Kathalu różni się jednak w moim odczuciu od podobnego zarzutu w przypadku obrazu takiego reżysera jak Trivikram (którego filmy niczym innym nie 'stoją' i szczerze mówiąc w większości - poza chyba jednym Athadu - są dla mnie nieoglądalne, a telugowi krytycy zwykle 'pieją nad nimi peany' - vide Jalsa i AD) Znaczy krytyka krytyce nie równa, a widz nie zawsze 'ma rację' (ichniejszy nawet rzadko:P)

Na koniec jeszcze jedna ciekawa sprawa, nie związana z żadną konkretną premierą, ale ogólniejszej natury. Chodzi mianowicie o głośną ostatnio debatę na temat 'wspierania kina regionalnego'. Wspierania odgórnego, 'urzędowego', znaczy metodą wprowadzenia obowiązku określonej liczby seansów filmów marathi w maharasztańskich kinach (bo o to akurat w tym przypadku chodzi, znaczy najpierw władze stanu zarządziły obowiązek jednego seansu filmowego w języku marathi dziennie - na co kina przeważnie zaczęły je urządzać na pierwszych sensach, czyli koło 8-9 rano, po czym rozszerzono wymóg na jeden seans marathi w prime timie i o tym teraz jest szeroka debata). Jakkolwiek z pewnością nie uważam, żeby nakazowo-zakazowe działania były tu najlepszym (i skutecznym) sposobem (bardziej poleciłabym im system subsydiarny - jak to ma miejsce u nas, gdzie finansowo wspierane są kina studyjne, DKFy itp, czyli wyświetlanie z definicji bardziej niszowego kina europejskiego), tak z pewnością nie uważam, że 'rynek sam ureguluje sprawę' (jak zdaje się postulować - a jakże - większość środowiska bolly). Ciekawe zresztą, iż owo środowisko chętnie zapewne przyjęłoby (vide artykuł Suprny Vermy z Rediffa) interwencjonizm państwa w kwestii ograniczenia napływu hollywoodzkich filmów na ekrany indyjskich kin. Bo to oczywiście zapewne 'co innego' (znaczy 'kina indyjskiego' - czytaj 'hindi':P - trza przed 'obcym zalewem' bronić, ale kinematografie regionalne przed 'zalewem bolly' obronią się same.) Jasne. Strasznie mnie taka wąskotorowa hipokryzja wkurza i cieszy, iż większość komentarzy pod owym Rediffowym artykułem słusznie to punktuje (przykład: "when bollywood was eating the other's everything. where were you? what are you doing? national doordharshan always plays bollywood movies forcing the entire nation to see. why dont you condemn that too") A przecież tu i tu to prosta kwestia słabszego (finansowo i - co za tym idzie - marketingowo), który sam się jednak raczej przed tym mocniejszym nie 'obroni'. Nie samym kontekstem filmów (i podawanie tu jako argumentu przykładu Lal Bhari  jest totalnie 'od czapy'. Bo nie chodzi chyba o to, żeby kino marathi zmieniło się w rynek superprodukcji (a to taki - 'wypaśny' film akcji) i to jeszcze produkowanych przez gwiazdy znane z bolly.  Nie mam znaczy nic ani przeciwko temu, żeby kino marathi miało i swoje superhirołowe filmy i przeciwko promocji przez gwiazdy bolly kina regionalnego, ale  nie chciałabym, żeby - w ramach próby konkurencji z  bolly superprodukcjami - zaczęto i tam bardziej stawiać na rozmach (i promocję), niż na pomysły, kreatywność. Nie tędy bowiem moim zdaniem droga do dobrego kina (a marackie akurat bardzo sobie cenię). Zatem: nie ograniczać, nakazywać czy zakazywać, ale i nie zostawiać sobie (wolnemu rynkowi), tylko sensownie wspierać ciekawe, a 'małe' kino. Zapewne przy tym też byłyby kontrowersje (jak u nas przy państwowym dofinansowywaniu filmów), ale lepszej metody nie widzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz