poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Urodzinowy (filmowy) tydzień z Chiru: Nyayam Kavali (1981), Khaidi (1983), Vijetha (1985), Yamudiki Mogudu (1988), Rudraveena (1988)

For an english version of this post click here.

Na koniec 'obchodów' chciałam podzielić się wrażeniami z obejrzanych w ciągu tego tygodnia filmów. Do urodzinowego przeglądu wybrałam przede wszystkim te wczesne, z lat 80 (Chiru debiutował w 1978 roku, a jego kariera 'ruszyła z kopyta' kilka lat później), bo uważam, że był to najciekawszy okres w karierze Chiru (a w sumie i ogólnie w kinie telugu). Starałam się też wybrać w miarę różnorodne filmy, pokazujące różne oblicza aktora - i myślę, że mi się udało:)

Nyayam Kavali (1981), czyli Raadhika walczy w sądzie o uznanie dziecka przez Chiru
Gdy, przeglądając streszczenia wczesnych Chirowych filmów na Wiki (chciałam koniecznie coś z nim w roli negatywnej) przeczytałam, o czym jest ten film, prawie mnie zatkało. A zaraz potem stwierdziłam, że to ja to koniecznie muszę zobaczyć i rzuciłam się na poszukiwania w necie. Poszło szybko - film jest dostępny na YT (bez literek, ale na to trudno liczyć przy tych latach...) I jestem naprawdę zafascynowana, że taki film, z takim przesłaniem powstał ponad 30 lat temu. Bohaterka filmu bowiem nie tylko że zachodzi w przedślubną ciążę, ale - gdy jej sprawca 'umywa ręce' nie poczuwając się wcale do żadnej odpowiedzialności (w sumie Chiru gra tu bardziej niedojrzałego playboya, nie 'klasyczną szuję') - zamiast spuścić głowę i cichcem znosić swoje upokorzenie, postanawia - z pomocą innej dzielnej kobiety (walczącej o prawa kobiet prawniczki) - wnieść sprawę do sądu. Czyli zamiast 'zamieść pod dywan', 'wywlec' jeszcze bardziej na światło dzienne. Po to by zapewnić dziecku należne mu nazwisko, ale i - a w zasadzie przede wszystkim - walczyć o swą godność. Nyayam Kavali  to emocjonujący film z mocnym, feministycznym rzec chyba można przesłaniem i fantastyczną rolą Raadhiki (był to jej telugowy debiut), ładnie wspieraną przez, grającą panią prawnik, Sharadę, no i nader stylowego Chiru  (abstrahując od tego, co potem 'wyszło', to bardzo się nie dziwiłam, że bohaterka - rozsądna dziewczyna - dała się komuś takiemu urzec;)). A, wnioskując z faktu, iż film doczekał się chyba z 4 remaków, wygląda, że taka właśnie historia dobrze się też w Andhra Pradeś sprzedała (wszak klap się nie remakuje). Co mnie bardzo pozytywnie zaskakuje:)

Khaidi (1983), czyli inspirowany 'Rambo' hicior, który zrobił z Chiru gwiazdę
Trochę się bałam tego filmu, bo spodziewałam się czegoś na kształt dzisiejszych hirołsowskich hitów (a mój gust się już od dawna dość z  telugowym rozmija:P), tymczasem zostałam bardzo mile zaskoczona. I pochłonięta totalnie na 2.5 godziny. Zamiast niezniszczalnego  bohatera, którego trudno nawet drasnąć, dostałam bowiem bardzo intensywnego młodego gniewnego (tak, celowo używam tego kojarzącego się z Bigiem określenia, w młodym Chiru widzę coś podobnego - od obu bije taka intensywność i charyzma, że trudno oderwać oczy), który przechodzi prawdziwe piekło zanim uda mu się zemścić (choć wolę określenie: wymierzyć sprawiedliwość:P, a nawet to okupione jest wielką ceną i w sumie trudno i wtedy odetchnąć z ulgą, że wszystko już będzie dobrze), a zamiast służących tylko do ozdoby (i wieszających się na hirole:P) panien trzy charakterne kobitki, które miały swój - mniej czy bardziej istotny - udział w przebiegu wydarzeń. Rambo nie widziałam (jeśli wywołuje podobne emocje to bardzo chętnie się zapoznam), niemniej z tego, co co wyczytałam wygląda, iż twórcy Khaidi wzięli z tamtego filmu tylko pomysł na zawiązanie akcji (bohater ucieka z więzienia i - ścigany przez policję - chce załatwić swoje porachunki), natomiast sam bohater jest inny (nie weteran z Wietnamu, tylko student-syn farmera) i inne sprawy ma 'do załatwienia' (bo i inne krzywdy go spotkały). Moje pierwsze spotkanie z Kodandaramim Reddym (wielce durnowaty film z Venkim) nie było udane, ale po Nyayam Kavali, Abhilashy i Khaidi 'zrehabilitował' się na tyle, iż jego nazwisko będzie teraz dla mnie zachętą - przynajmniej w zakresie jego wczesnych filmów. I wygląda, że ogólnie w latach 80 mogę bardziej polegać na 'telugowym guście', znaczy liczyć, iż ówczesny kasowy hit przypadnie i mnie do gustu:)

Vijetha (1985), czyli familijny Chiru jako 'zwyczajny-niezwyczajny'
Film rozpoczyna się dość nietypowo, bowiem oto sam Chiru zwraca się do swych widzów z prośbą, by docenili jego nowe, odmienne od dotychczasowych 'młodych gniewnych' bohaterów akcji (rozumiem, iż chodzi o te filmy od sukcesu Khaidi), filmowe wcielenie. I owa inność polega moim zdaniem nie tyle na tym, iż bohater - najmłodszy syn w tradycyjnej, dużej, mieszkającej wspólnie, nie za bogatej rodzinie - nie ma powodów do frustracji (bo ma, i to sporo), ale na sposobie, w jaki sobie z tym radzi... (bo nie pięściami). Muszę przyznać, iż bardzo mi się ten obraz relacji rodzinnych podobał. Mamy ojca (z dumą stwierdzam, iż rozpoznałam J.V. Somayajulu po samym głosie! Bo wizualnie miałabym problem:D), który wiele (i emocjonalnie i finansowo) włożył w wychowanie dzieci, a teraz nie bardzo może liczyć na ich 'rewanż'. Tradycyjną panią domu (najstarszą synową - świetna Sharada), która dokonuje prawie cudów, by na co dzień związać koniec z końcem i by dom jak najlepiej funkcjonował, a nie jest za to prawie w ogóle doceniana, bo przecież 'siedzi w domu i nie zarabia'. Wreszcie owego najmłodszego syna, który ma swoje marzenia (zostać znanym piłkarzem), ale niezbyt idzie mu z nauką i prawie wszyscy uważają go za 'darmozjada' (nawet ów ojciec, choć na meczu niby dumny, wolałby jednak, żeby syn znalazł jakąś 'porządną' pracę i daje mu to odczuć...). Bardzo mi się Chiru w takim spokojnym wcieleniu podobał i naprawdę kibicowałam mu, żeby w końcu inni przekonali się o jego wartości. Być może niektóre momenty filmu są zbyt melodramatyczne, ale i tak uważam Vijethę za bardzo fajne kino familijne. Notabene 'po sznurku' od info na Wiki, iż film jest remakiem bolly doszłam i do odkrycia jeszcze wcześniejszej wersji assamskiej (!! i to zdobywcy Nationala), a nawet zdaje się i bengalskiej (choć trochę zastanawia mnie fakt, czy  jeśli film assamski miałby być remakiem bengala to dostałby Nationala?)

Yamudiki Mogudu (1988), czyli Chiru wraca z zaświatów w cudzym ciele i.. robi porządki;)
Ten, inspirowany hollywoodzkim Here comes Mr. Jordan film to z kolei prawdziwa odjechana masala, w której komedia przeplata się z akcją, a do tego mamy i (czadowy!) wątek fantastyczny. Sam pomysł fabularny kojarzył się częściowo z Ramudu Bheemudu - czyli dwóch bohaterów o kompletnie różnych charakterach 'zamieniających się miejscami', tyle, iż tu owa 'wymiana' działa tylko w jedną stronę i zasadniczo jeden bohater 'działa równolegle na dwa fronty'. Kaali, czyli ów dziarski bohater (z takich, co to się niczego nie boją), ginie bowiem na samym początku filmu, ale - gdy trafia do królestwa Yamy (gdzie robi zresztą solidna rozróbę:D) - okazuje się, iż nastąpiła pomyłka i śmierć nie była mu jeszcze teraz przeznaczona. Może zatem wrócić ponownie na ziemię, tyle iż niestety już nie w swoim ciele (w międzyczasie spalonym), ale wybranym podobnym (scena selekcji 'ciała zastępczego' jest zresztą jedną z moich ulubionych, bowiem Chiru dostaje do wyboru swoje wcielenia z poprzednich filmów:D - tak, strasznie fajnie rozpoznawać takie 'smaczki'!) i decyduje się na ciało terroryzowanego przez swego wuja (który chce przejąć jego majątek) Balu. No i gdy następnego dnia Balu budzi się i zaczyna się zachowywać niezupełnie jak zastraszony dotąd chłopak dopiero zaczyna się zabawa. A potem bohater jest prawie równolegle i Balu i Kaalim i wszystko zakręca się jeszcze bardziej:D I, co bardzo mi się podoba, Chiru jest tu nie tylko i megadzielnym hirołem, ale i ma okazję wykazać się komediowo (a jest w tym naprawdę dobry!). Do tego dostajemy dwie fajne panie (specjalnie 'przegiętą' Radhę i zadziorną  Vijayashanti), porcję odjechanych stylistycznie klipów  rodem z lat 80 i dobra zabawa gwarantowana:) Szkoda tylko, iż ostatecznie nie  zdradzono widzom co też Yama doradził na końcu Chiru:P

Rudraveena (1988), czyli Chiru przedkłada drugiego człowieka nad klasyczne mantry
Istotę tego filmu najlepiej oddaje chyba jego pierwsza scena. Brzeg świętej rzeki, niewidoma żebraczka prosi o jałmużnę. Ktoś rzuca jej banana, ale sama nie jest w stanie go 'zlokalizować', by podnieść z ziemi. Widzi to przechodzący chłopiec - widzi, ale nie reaguje. Tak został wychowany: recytuje święte mantry - nie może ich przerwać, a jeszcze dla kontaktu z kimś 'nieczystym'...Ostatecznie owego banana włoży żebraczce do ręki pewien starzec. I wygłosi chłopcu cenną życiową lekcję. Która będzie w nim rosła. Dorosłego już Suryę coraz bardziej 'uwiera' życie zgodnie z zasadami ojca - konserwatywnego bramińskiego muzyka. Coraz trudniej mu omijać bliźnich, którym chciałby ze szczerego serca pomagać. Konflikt zdaje się być nieunikniony...Rudraveena to film, którego idea przywodziła mi na myśl ewangeliczne nauczanie - iż najświętsze  rytuały (ustanowione zasady) nie mogą być ważniejsze od (czy przesłaniać nam) drugiego człowieka. Telugowy film znanego tamilskiego reżysera nie stwarza jednak wrażenia nadmiernie 'moralizatorskiego' - w czym zapewne pomagają bardzo dobre, wyważone kreacje aktorskie - a na dodatek (z racji profesji bohaterów) ozdobiony jest przepiękną karnatyczną muzyką (a jakże, Illayaraja). Ale, jak bardzo podobało mi się rozegranie owego konfliktu postaw ojca i syna, tak brakło mi jednak rozwinięcia wątku pewnej konkretnej działalności bohatera, czyli owej 'przemiany' wioski (czułam się jakby gdzieś mi wycięto jakieś kilkanaście minut z filmu). Trochę też żałuje, iż nie wykorzystano takiej okazji, żeby Chiru zatańczył klasycznie w parze ze Shobhaną. Natomiast niezmiernie urzekła mnie postać głuchoniemego brata i (fantastyczne!) melorecytacje w domu Shobhany. I bardzo mnie cieszy, iż Chiru, wszak wówczas topowy komercyjny aktor, zaryzykował udział (i to podwójny, bo także jako współproducent) w takim, artystycznym w sumie, projekcie. Pewnie stracił na tym kasę, ale zyskał chyba coś cenniejszego (i nie chodzi tylko o Nationala za najlepszy film tyczący narodowej integracji:))

Tak jak napisałam na początku, zależało mi na różnorodności. W ciągu tego tygodnia miałam zatem okazję zobaczyć Chiru na poważnie i na mniej poważnie, komediowego i dramatycznego, gniewnego i walczącego, ale i spokojnego i pełnego poświęcenia,  budzącego sympatię i niekoniecznie - i w każdym z tych wcieleń mi się bardzo podobał. Jestem już pewna, iż za jego fenomenem stoi znacznie więcej niż tylko ów fantastyczny taniec, co więcej przychylam się teraz absolutnie do zdania wielu Telugów, iż w obecnym kinie telugu nie ma nikogo, kto mógłby być gwiazdą na jego miarę: takiego połączenia talentu, charyzmy i wszechstronności. I nikogo czyj taniec (jako i forma ekspresji, a nie tylko 'technicznych popisów') dawałby mi tyle radości.
*chyba stałam się 'wyznawczynią' Chiru:P*

2 komentarze:

  1. Hi.enjoyed all ur above reviews.

    Nyayam kavali-it indeed was a hit at that time.a nice feminist drama as u have mentioned

    Khaidi-This is the movie that made chiru NO:1 in telugu.A classic action movie

    Vijetha-A family drama that I think is a bit melodramatic.but,overall a good film.

    Yamudiki Mogudu-This is one of my favourite chiru films.this film has it all.The Body selection scene is my favourite scene too :)

    Rudraveena-It was a huge risk for chiru to make this film coz he was at the peak of his career as a commercial actor.but,his risk won him accolades in both producing and acting.

    I like the fact that u have choosen a variety of films.He is very versatile actor n that can be seen in his vast body of filmography.So,glad u liked chiru.n great reviews.

    OdpowiedzUsuń
  2. Thanks for confirming some facts:) It's not easy to find sth about BO results (or reception) of the older movies (and Wikipedia isn't always reliable source)
    And - as i wrote- I wanted such a variety and now I admire Chiru even more:)

    OdpowiedzUsuń