sobota, 7 stycznia 2012

Gatunkowe schematy i co z tego wynika: Golconda High School i Payanam (2011)

Postanowiłam napisać 'zbiorczo' o dwóch obejrzanych ostatnio filmach, które łączy fakt, iż są one dość czystym kinem gatunkowym (a nie masalowym, czyli mieszanką różnych 'elementów gatunkowych i komercyjnych'). W związku z tym oba były traktowane tam jako pewnego rodzaju eksperymenty (przedsięwzięcia jakoś tam bardziej ryzykowne:P), choć z punktu widzenia zachodniego widza to dość znany schemat: w jednym przypadku kina sportowego, w drugim - katastroficznego?

Golconda High School  (w reżyserii znanego wcześniej z takich rzeczy jak Nationalowy Grahanam czy Ashta Chemma Indragantiego) to historia pewnej szkoły z tradycjami i niepewnym dniem dzisiejszym. Jeden z członków zarządu szkoły wpada więc na genialny pomysł: żeby na szkolnym boisku wybudować laboratorium do zajęć informatycznych. Znaczy tak z duchem czasu (i patrząc w przyszłość). Niezadowolony z pomysłu dyrektor postanawia udowodnić, że boisko nadal ma sensowne zastosowanie i sprowadza dawnego absolwenta szkoły (który grał tu z sukcesami w krykieta), by - po latach przerwy - doprowadził znów szkolną drużynę do zwycięstwa w międzyszkolnych rozgrywkach. Czy ktoś wątpi jakim efektem się to 'wyzwanie' zakończy?:D No raczej chyba nie, niemniej GHS to naprawdę nieźle oglądający się film. 
I pisze to osoba, która nic nie rozumie z krykieta(:P), za to mogła się skupić na różnych innych 'rozgrywkach', takich bardziej psychologicznych:) Bo tak naprawdę praca owegoż trenera okazuje się bardziej robotą psychologa, niż czysto 'techniczną'- chodzi po prostu o to, by chłopaki (standardowo mieszanką różnych typów postaw i motywacji) uwierzyli  w możliwość sukcesu, a punktem kulminacyjnym filmu jest bardziej nie tyle sam wynik finałowego meczu, a moment, w którym coś to ich wiarę i zaufanie podkopie...Oczywiście film ma i swoje wady (przede wszystkim niepotrzebnie 'dopięty' wątek romansowy trenera z nauczycielką matematyki - choć Swati bardzo lubię:) no i - też chyba dość typowe w ramach konwencji takiego kina elementy dydaktyczne) ale jak wspomniałam oglądało mi się go przyjemnie i udział dobrze grającego Sumantha miał tu też swoje znaczenie (rany, jak można tak dobrze wyglądać chodząc głównie w dresach??:O)

Drugi film, Payanam - najnowszy obraz tamilskiego reżysera Radhy Mohana (Mozhi czy Abhiyum Naanum) to z kolei opowieść o porwanym samolocie. Oparta ponoć na prawdziwych wydarzeniach rzecz rozpoczyna się standardowo przedstawieniem nam wybranych pasażerów owego feralnego lotu, po czym następuje ujawnienie się terrorystów (z podłożonym w toalecie ładunkiem wybuchowym), żądanie okupu i uwolnienia ich lidera, no i dalsze próby radzenia sobie owych pasażerów, personelu samolotu oraz zawiadomionych jednostek ochrony (antyterrorystycznych) z zaistniałą sytuacją. W zasadzie tez dość łatwo przewidzieć, jak się to wszystko skończy, z tym że o o ile w GHS znalazłam - 'po drodze' do wiadomego końca- emocje, z którymi mogłam się jakoś zidentyfikować, tu niestety tego mi zabrakło:/  Jakoś oglądałam to wszystko 'na zimno', nie kibicując specjalnie nikomu (za to denerwując się na bardzo schematycznie pokazane postaci terrorystów i dziwne wstawki z katolickim księdzem) i może tylko parę momentów wzbudziło moje żywsze reakcje (świetna scena z 'wybuchem' Prakasha!- który tu i gra i jest współproducentem filmu). Nag był ok, ale trudno mi coś więcej o jego postaci napisać. Plus za brak romansowych 'wstawek' i piosenek (oraz świetne plakaty do filmu), ale to jednak chyba dla mnie, jako zwykłego widza, który lubi ekscytować się filmami (jak choćby oglądając oparty na podobnym schemacie Lot 93) trochę za mało....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz