Navarasa to dziewięć rodzajów odczuć (stanów emocjonalnych), które zgodnie z teorią ras (artystycznego smaku, doznania) powinno się wzbudzić w widzu w trakcie odbierania przez niego jakiejś formy sztuki. Teorię tę próbowałam rozgryźć szerzej jakiś czas temu na przykładzie pewnego filmu telugu. Tymczasem jeden z moich ulubionych keralskich reżyserów, Jayaraj (którego przeciekawa adaptacja Otella stanowiła nawet temat mojej pracy dyplomowej), tworzy cały cykl filmów opartych na poszczególnych navarasowych doznaniach. I, po dwóch dekadach, jest już nawet blisko jego zakończenia, bowiem z docelowo 9 filmów zrealizował już 8; )
1. Karunam (2000)
Pierwszy w serii Karunam (czyli smutek, żałość) to opowieść o smutnej egzystencji opuszczonego przez dorosłe dzieci starszego małżeństwa. W końcu mieszkające w Stanach dzieci postanawiają 'załatwić problem' oddając rodziców do domu starców. Obraz nagrodzono keralską nagrodą stanową oraz Filmfare dla najlepszego filmu i reżysera, jeździł też po różnych międzynarodowych festiwalach (m.in. był w Berlinie). Jedynym znanym mi nazwiskiem w obsadzie jest Biju Menon:)
2. Shantham (2001)
Shantham (spokój) to z kolei historia dwóch przyjaciół z dzieciństwa, których rozdziela działalność polityczna w przeciwnych ugrupowaniach. W końcu 'w imię sprawy i wyższego celu' jeden ma zabić drugiego. Najważniejsze w tej opowieści o bólu i przebaczeniu (bo to ono daje ów tytułowy spokój) są jednak postacie obu matek. Film zdobył Nationala i nagrodę stanową dla najlepszego filmu roku. Nagrodę krajową dla najlepszej aktorki drugoplanowej otrzymała także grająca jedną z matek KPAC Lalitha (w drugą, co ciekawe, wcieliła się Seema Biswas).
Podpisany film można obejrzeć na YT i polecam gorąco!
3. Bhitbatsa /Bibhatsa (2002)
Trzeci w serii film - Bhitbatsa (wstręt) - to najbardziej tajemniczy film cyklu, i trudno nawet namierzyć cokolwiek o jego fabule. Wiadomo tylko że, w odróżnieniu od poprzednich, powstał w hindi. I że - u boku Seemy i Manoja Jayana - zagrał w nim Atul Kulkarni.
Czwartyjest Adbhutham (zdumienie, zachwyt), który to zainspirowany został prawdziwą historią z Oregonu i porusza temat eutanazji. Suresh Gopi gra przebywającego w amerykańskim szpitalu sparaliżowanego keralskiego emigranta. Jego przybyła z Kerali rodzina musi teraz podjąć trudną decyzję... Co ciekawe sam film został nakręcony w rekordowym czasie dwóch godzin i 14 minut! Oprócz Suresha w filmie tym zobaczyć można także KPAC Lalithę czy Mamtę.
Tworzenie kolejnego w serii, piątego
filmu (powstałego aż dekadę po poprzednim) śledziłam już na bieżąco. Z
wielkimi nadziejami, albowiem w Veeram (męstwo, bohaterstwo)
Jayaraj postanowił połączyć cykl navarasowy ze swoim równoległym cyklem
szekspirowskim (miała to być, nader podobna do losów Makbeta, historia
lokalnego malabarskiego anty-bohatera, Chandu Chekavara). Projekt
powstawał z wielkim rozmachem, dużym budżetem i myślą o szerszej widowni
(stąd Kunal Kapoor w głównej roli). Niestety ostatecznie wyszedł z tego
raczej przykry przerost formy nad treścią...
Szczęśliwie szósty z 'navarasowej'
serii Bhayanakam (strach, trwoga)to powrót reżysera do kameralnej stylistyki. I
do formy. Dostajemy zatem prostą i poruszającą historię weterana pierwszej wojny
światowej (gra go świetnie Renji Panicker), który liczy znaleźć spokój w pracy wiejskiego listonosza. Zamiast tego przypada mu w udziale niewdzięczne zadanie przekazywania
wiadomości od miejscowych chłopaków powołanych do wojska, którzy
trafiają na front właśnie wybuchłej drugiej wojny światowej. Trzy w
pełni zasłużone Nationale - dla najlepszego filmu, za scenariusz i
zdjęcia.
7. Roudram 2018 (2019)
Dobre recenzje zebrał także siódmy w serii film Roudram (gniew, groza). Tłem akcji tej opowieści o bezsilności i gniewie w obliczu siły natury staje się tu wielka powódź, która to w 2018 roku spustoszyła rejon Travancore. W głównych rolach, starszej pary, która to właśnie zostaje skonfrontowana z tym żywiołem - zobaczyć można, znów Panickera oraz KPAC Lalitę.
8. Haasyam (2021)
Przy ósmym w serii Haasyam (radość, uciecha) nadeszła w końcu pora na lżejsze navarasowe klimaty. Ta czarna komedia próbuje bowiem odpowiedzieć na pytanie, czym tak naprawdę jest humor. Biorąc za punkt wyjścia totalnie szalony pomysł na bohatera, który to jest agentem żyjącym ze sprzedaży... zwłok do badań medycznych. Nie wiem, czy to koncept dla wszystkich, ale ja bardzo bym chciała ten film obejrzeć.
Został zatem do realizacji już tylko jeden film z serii (ktoś wie jaka rasa zostało do zekranizowania? ;) A potem byłby to bardzo fajny pomysł na filmowy maraton. Oczywiście przy optymistycznym założeniu, że wszystkie te filmy byłby dostępne do oglądania.
Ps. Dodatkowy smaczek i jednocześnie drugie pytanie dla uważnych: ktoś wpadnie na to, jaki jeszcze motyw (poza znaczy navarasą) jest wspólny dla tego całego cyklu Jayaraja? (ja bym sama na to nie wpadła, ale może komuś się uda. W każdym razie reżyser mówi, że to było dla niego inspiracją do powstania cyklu bardziej niż sama teoria navarasy ;))
Jako że żadną tajemnicą nie jest fakt, iż zdecydowanie wolę kino regionalne, specjalna notka poświęconą wyłącznie świeżym filmom hindi (wybrałam same produkcje z ostatniego roku) musi mieć swój dobry powód. A nawet powody:) W postaci pań poniżej. Bo kino z fajnymi babkami, które to nie są dodatkiem do facetów, ale same rządzą na ekranie zawsze warto oglądać i polecać. Zwłaszcza że mamy tu też do czynienia z bardzo szerokim przekrojem gatunkowym.
Z indyjskim kinem drogi mam bardzo dobre doświadczenia i Dhak Dhak tylko mnie utwierdza, że warto sięgać po ichniejsze propozycje tego typu, bo to bardzo dobra formuła do pokazania i kraju, i przemiany bohaterów. A jeśli jeszcze tymi bohaterami są kobiety na motorach to już w ogóle:D Panie są cztery i teoretycznie różni je w zasadzie wszystko: wiek, stan cywilny, background, wychowanie... To. co je łączy (i sprawia że decydują się na tę szaloną wyprawę motorem na Khardung La - najwyższą przejezdną przełęcz nie tylko w Indiach, ale i na świecie) jest jednak ważniejsze: wszystkie chcą czegoś więcej od życia. Więcej niż zostało im przypisane jako kobietom. Owszem, kino drogi ma też swoje schematowe ograniczenia, ale w ramach owej formuły Dhak Dhak zostało bardzo sprawnie zrealizowane i zagrane (ze szczególnym wskazaniem na graną przez Ratnę Pathak Shah Mahi - najwspanialszą moto babcię ever!)
Najbardziej ryzykowna pozycja w zestawieniu, która pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Sama miałam obawy i gdyby nie Bhumi w roi głównej nie wiem, czy po streszczeniu bym po niego sięgnęła. Cieszę się, że jej zaufałam, bowiem moim zdaniem to kolejny, po zakwestionowaniu 'jedynie słusznego modelu pary heteroseksualnej', etap filmowego mierzenia się kina hindi z dotąd wstydliwymi tematami. Mamy tu bowiem do czynienia z kwestionowaniem 'jedynie słusznego modelu osiągania satysfakcji seksualnej'. Będąca nieślubnym dzieckiem Kanika od dziecka miała 'pod górkę' (co zahartowało jej odporność i nauczyło niezależności). Jednak jedno klasyczne marzenie młodych dziewcząt tkwi i w jej głowie - też szuka swego księcia z bajki. Tyle że Kanika nie oczekuje od niego pierścionka z diamentami czy pałacu, ale... orgazmu, którego to mimo trzydziestki na karku i lat starań, z różnymi kandydatami (boski epizod Anila jako profesora podrywającego dziewczyny na... znajomość z Gulzarem!:D), nigdy jeszcze nie osiągnęła. Gdy w końcu niespodziewanie jej się to udaje problem zamiast zniknąć jeszcze rośnie, bowiem ma to miejsce 'na rauszu' i o ile dziewczyna pamięta efekt, to nie bardzo dzięki komu nastąpił... Może i czasem jest to zrobione zbyt grubą kreską ale.... film o kobiecym orgazmie? W Indiach? W głównym nurcie? I bawiąc mówi o ważnych sprawach? No to jest jednak coś!
13 lat. Tyle trzeba było czekać na drugi film Kiran Rao. Film, którym potwierdziła tylko widoczną już w debiucie reżyserską klasę. Przy tym atmosferą zupełnie inny od Dhobi Ghat. Mroczne mumbajskie przedmieścia zamieniła tu na pełną przestrzeni i kolorów indyjską prowincję. Umiejętność tyleż subtelnego, co głębokiego portretowania postaci w Laapataa Ladies fantastycznie udało się natomiast połączyć z... humorem (takim inteligentnym, rzadko spotykanym w kinie indyjskim). Wyniosło to drugi film Kiran na jeszcze wyższy poziom, ponieważ - przynajmniej moim zdaniem - stworzenie ciężkiego filmu o czymś (vel artystycznego snuja:P) jest jednak prostsze niż nakręcenie takiego, który jednocześnie bawi, wzrusza i daje do myślenia, a w Laapataa Ladies mamywłaśnie towszystko. Przy tym, będąc filmem bardzo o kobietach, ma też wciąż miejsce na równie świetnie sportretowane, wcale niekoniecznie jednowymiarowe postaci męskie (moim ulubieńcem jest tu pan policjant, którego to na początku miałam ochotę potraktować wokiem a na końcu ucałować:D). Bardzo dobry reality check stanowi takżesam wyjściowy pomysł pomylenia panien młodych: po zobaczeniu trzech identycznie wyglądających brides w jednym przedziale pociągu oglądanie tych wszystkich wypaśnych filmowych wesel już nigdy nie będzie takie samo:P
Na koniec najbardziej komercyjna propozycja w zestawieniu. Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak mogłoby wyglądać indyjskie (i babskie) Oceans 11 to myślę, że Crew może nieźle zaspokoić tę ciekawość poznawczą. Nie ma chyba dobrego polskiego odpowiednika na heist movie, w każdym raziebohaterkami Crew są trzy stewardessy, które 'nabite w butelkę' przez swoją firmę w pewnym momencie decydują się wziąć same co ich (znaczy ekwiwalent iluś zaległych poborów plus oczywiście rekompensatę za straty moralne:P). Nie jestem szczególną fanką ani Kareeny ani Kriti ale scenarzyści na tyle fajnie scharakteryzowali i zróżnicowali postaci bohaterek, że mogłam się dobrze bawić zarówno tym, co je dzieli (czyli zupełnie różnym podejściem do życia, motywacji zawodowych itp), jak i w końcu jak ładnie przekłada się to na efektywne połączenie ich jako partners in crime. I uwielbiam scenę lądowania wg samouczka :D
Tworząc kilka lat temu poprzedni podobny post napisałam, że "trochę wyszłam ze śledzenia południowego kina na bieżąco". No to teraz to trochę bardziej niż trochę:P Niemniej gdy fb zaczął mi wypluwać fotki z ceremonii rozdania południowych Filmfarów wciąż dużo osób nie było mi obcych, a radość z nagrody dla Fahaada skłoniła mnie w końcu do długo odwlekanego seansu Maamannan. Po pierwszej godzinie byłam gotowa napisać całą pochwalną notkę o filmie, po drugiej mi przeszło, ale uznałam, że mogę choć znów zrobić na tej bazie taki południowy przegląd ogólny. Znaczy bez kina kannada, bo tam niestety już żadne nazwisko mi nic nie mówi :/
Krótkie wyjaśnienie oznaczeń na listach:
nagrodzeni są oznaczeni pogrubioną
czcionką
przez krytyków (jak wiadomo już od jakiegoś czasu najlepszy film i aktorzy są podwójni) - dodatkowo brązową
tytuły dostępne na Netflixie są na pomarańczowym tle
Tylko w Kerali za mało rozrywkową rolę (tego Kaathala to chcę obejrzeć od pierwszych wieści o tym projekcie, znaczy o Mamucie z Jo w dojrzałej love story) Mamut może dostać 'zwykłego' Filmfare (czyli od widzów) a nie 'rekompensacyjnie' tego od krytyków (bo trochę tak widzę to wyodrębnienie nagród od krytyków osobno - jako próbę rekompensaty faktu, że zasadniczo głosują tu widzowie, którzy to wybierają coraz bardziej populistycznie, a wcale nie doceniając najlepsze obrazy/kreacje aktorskie). Na razie trzeba pewnie w końcu sięgnąć po Mamuta u Pellissery'ego (to ta druga nominacja aktorska) no i po Irattę, do której dotąd podchodziłam dość podejrzliwie (kryminały to też nie całkiem moja bajka). To i tak całkiem niezła dostępność nominowanych tytułów z Kerali. Choć chętnie obejrzałabym też i Neru (sądówka z Mohanlalem i Priyamani od reżysera Drishaym), i rom-com z Fahaadem o trudnym do spamiętania (bo dłuugim) tytule, a i o 2018 czytałam sporo dobrego.
Pojedynek uznanych reżyserów wygrał w Tamil Nadu ten relatywnie najmniej znany (choć jak właśnie sprawdziłam filmowym debiutem reżysera Chithhy było moje ukochane Pannaiyarum Padminiyum). Z ciekawostek Siddarth sobie też sam wyprodukował swoją nagrodzoną rolę w tym kryminale ;) Chithha jest ponoć na Disney+ nie znam się jednak na tej platformie na tyle, żeby wiedzieć czy może to oznaczać jego dostępność też w Polsce czy niekoniecznie...Na pewno w cholerę cieszy mnie nagroda za drugoplanówkę dla Fahaada(ja go w ogóle kocham za nieoczywiste i wyrafinowane zuo, ale w Maamannan przeszedł już w ogóle na jeszcze wyższy level). Nagrodę za pierwszoplanówkę też bym zresztą dużo prędzej dała Vadivelu (to się nazywa powrót z przytupem! serio, takiego Vadivelu nikt w was na pewno nie widział i to jest COŚ - a ja naprawdę nie znoszę tych jego komediowych ról) niż Vikramowi, który akurat za cierpiętnictwo u Maniego nie zasłużył imho nawet na nominację (a nie dać nawet tego Karthiemu?? pfff...). Obie panie od Maniego dostały za to swe nominacje słusznie niezależnie od tego, że za nimi ogólnie nie przepadam. I tylko żal że prawa do Viduthalai kupiło Zee(liczyłam chwilę, że może trafi na Netflixa, skoro jest tam już Visaranai).
KINO TELUGU
Najlepszy film
Najlepszy reżyser
BABY
BALAGAM DASARA HI NANNA MISS SHETTY, MR. POLISHETTY SAMAJAVARAGAMANA SALAAR: PART 1- CEASEFIRE
BRAHMANANDAM (RANGA MAARTHAANDA) DHEEKSHITH SHETTY (DASARA) KOTA JAYARAM (BALAGAM) NARESH (SAMAJAVARAGAMANA) RAVI TEJA (WALTAIR VEERAYYA) VISHNU OI (KEEDAA COLA)
RAMYA KRISHNAN (RANGA MAARTHAANDA) ROHINI MOLLETI (WRITER PADMABHUSHAN) RUPA LAKSHMI (BALAGAM) SHYAMALA (VIRUPAKSHA) SREELELA (BHAGAVANTH KESARI) SRIYA REDDY (SALAAR: PART 1- CEASEFIRE) SWATHI REDDY (MONTH OF MADHU)
Wydawać by się mogło, że sytuacja z kinem telugu jest najlepsza, bowiem można legalnie obejrzeć najwięcej z nominowanych tytułów, niestety - jak to zwykle - ilość nie bardzo przekłada się na jakość i od dwóch (Nanny i Salaara) na pewno radziłabym się trzymać z daleka. Bardzo cieszy mnie natomiast docenienie Miss Shetty Mr Polishsheety (który - co wcale nie jest częste - jest przeurocznym i niebanalnym rom-comem), a jeszcze bardziej nagrodzenie Naveena (i to jeszcze exe quo z Prakashem!), który jest dla mnie podobnym odkryciem, jak parę lat temu Nani (choć po głębszym researchu wyszło, ze już się wcześniej widzieliśmy:D) i mam nadzieję, że zrobi podobną karierę. Szalenie jestem też ciekawa tej nowej fali 'małych filmów' (casus Baby czy Balangam) - u Telugów od czasu Kammuli to się zrobił jakiś standard, że co chwilę pojawia się kolejna i przeważnie to są naprawdę fajne rzeczy, takie świeże w podejściu.
Choć kino indyjskie stanowi wciąż stały element mojej filmowej 'diety' i w związku z tym raczej z ciekawością patrzę w przód, śledząc nowe nazwiska i trendy, zamiast z sentymentem wracać do 'starych dobrych czasów', bardzo chciałam obejrzeć nowy - a pełen dawno znanych twarzy - film Maniego i cieszę się, że mi się to udało. Szkoda tylko, że nie na dużym ekranie, bo niewątpliwie odbiór by jeszcze zyskał.
Ponad dwutysięcznostronicowy epos Kalkiego to dla Tamili rzecz o statusie absolutnie kultowym. Gatunkiem i wagą znaczenia ośmielę się go zestawić z naszą Trylogią. Niemniej, chociaż ta fabularyzowana, osnuta na kanwie ważnego momentu z dziejów imperium Ćolów (tytułowy Ponniyin Selvan to Radźaradźa Wielki - jeden z najwybitniejszych władców tej dynastii), opowieść zdawać by się mogła gotowym materiałem na film, a Indie to kraj żyjący kinem i z kina, dzieło Maniego przejdzie do historii jako pierwsza filmowa adaptacja tej powieści. Niedługa jest też lista osób, które w ciągu tych sześćdziesięciu lat (Ponniyin Selvan było drukowane w odcinkach od roku 1950, a jako książkowa całość opublikowana zostało w roku 1955) w ogóle próbowały przymierzać się do filmowej adaptacji eposu Kalkiego: znajdują się na niej MGR (kupił prawa do adaptacji powieści zaraz po jej wydaniu, w latach 50.), Kamal Haasan (najpierw w latach 80. przymierzał się wspólnie z Manim do realizacji filmu fabularnego, potem do kilkudziesięcioodcinkowego serialu) no i właśnie Mani Ratnam. Ranga tych nazwisk pokazuje chyba najlepiej, że był to od początku projekt, realizacja którego wymagała zarówno odpowiedniego statusu twórcy, jak i jego wielkiego zacięcia. Zarówno skala jak i ranga przedsięwzięcia są tu bowiem olbrzymie. I to wszystko widać w filmie Maniego - który, co warte dodatkowego uznania, udało mu się ukończyć pomimo trwającej pandemii.
Nie jestem i nie zamierzam udawać specjalisty od tamilskiej historii, nie znam też oczywiście powieści Kalkiego, zatem tylko tytułem krótkiego wprowadzenia w fabułę: akcja toczy się w X wieku, w momencie poniekąd decydującym o dalszej przyszłości imperium Ćolow. Dwaj synowie stojącego wówczas na czele imperium Parantaki II prowadzą udane podboje. Jednocześnie rosną jednak i zagrożenia: zarówno ze strony zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Aczkolwiek epos Kalkiego jest oczywiście fabularyzowaną wersją historii i poza postaciami historycznymi zawiera również fikcyjnych bohaterów, trudno powiedzieć, by finał wydarzeń związanych z dziejami tego południowoindyjskiego imperium mógł być jakimś spoilerem (podobnie jak nie są nim przedstawione w Trylogii wydarzenia z historii Polski). Wiedza ta jednak (do której nabycia, choć pobieżnego, przed seansem zachęcam - po to by łatwiej połapać się potem, kto jest kim, z kim i o co mu chodzi) w żaden sposób nie powinna przeszkadzać w cieszeniu się seansem. W każdym porządnym eposie filmowym, niezależnie od miejsca jego produkcji, chodzi bowiem wszak głównie o to, czy widz zostanie 'wessany' w wykreowany przez twórców świat, zaangażowany emocjonalnie w śledzenie akcji, i to moim zdaniem Maniemu udało się bardzo dobrze. Pierwsze karkołomne zadanie to oczywiście przycięcie tak olbrzymiej ilości literackiego materiału do 5 godzin seansu (podział na część I i II służy osobnemu wprowadzeniu ich do kin, natomiast fabularnie to oczywiście całość - przy oglądaniu jednym ciągiem koniec pierwszej części można traktować jako klasyczne intermission ;)) i tu pełen sukces, bowiem udało się uzyskać spójną logiczną całość, w której akcja toczy się odpowiednio wartko, a każda z rozlicznych postaci ma swój czas i miejsce (ewentualne preferencje, że chciałoby się postaci któregoś bohaterów mniej a innego więcej to zupełnie inna sprawa:D). Stosowne wrażenie robi też rozmach całej produkcji, niezbędny do uwiarygodnienia wielkiego imperium, z całym swym przepychem i blaskiem. Zadowoleni powinni być zarówno fani wielkich scen batalistycznych (także na morzu), jak i miłośnicy(-czki) wystawnych strojów z epoki (a zwłaszcza błyskotek), bowiem i scenografia i kostiumy zdecydowanie robią wrażenie. Podobnie przepiękne zdjęcia oraz stylowa muzyka (oczywiście A.R. Rahmana).
Wszystko to jednak byłoby oczywiście niewiele warte bez dobrych aktorów, ale i tu Maniemu udało się zebrać idealną wręcz ekipę. I mówię to z perspektywy osoby, która niekoniecznie jest fanką 'stałych nazwisk' w filmach Maniego, a takowe w większości zaprosił również i do tego projektu. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałam iż główne role żeńskie w Ponniyin Selvan zagrają Aish i Trisha, miałam ochotę walnąć głową w stół. Tymczasem, i mówię to z pełną świadomością, obie panie spisały się świetnie stając się jednymi z głównych aktorskich atutów filmu. A dodać tu trzeba, że choć obie wyglądają pięknie, nie są to bynajmniej czysto ozdobnikowe role, ale pełnokrwiste, charakterne postaci, także było co grać! (i czym cieszyć feminizującego widza uwielbiającego oglądać kobiety, które 'ciągną za sznurki'). Aishwarya wręcz w sposobie przedstawienia cierpienia swej postaci przekonała mnie dużo bardziej od podobnego cierpienia postaci granej przez Vikrama. Ona była zniuansowana i ból widać było przede wszystkim w jej oczach, on postawił na efekciarskie miotanie się i jednak, zwłaszcza na początku, przeszarżował.
Nie mogę jednak ukryć, że ostatecznie moje serce najbardziej podbił i tak Karthi, który jest po prostu stworzony do ról dzielnych awanturników z łotrzykowskim błyskiem w oku - takich do tańca i do różańca, do bitki i do wypitki, do amorów i bohaterstwa, no po prostu do wszystkiego^^ A po jego wspólnych scenach z Jayaramem zamarzył mi się cały ich wspólny film jako duetu a'la Don Kichot i Sancho Pansa. To byłby prawdziwy hit!
Zastanawiałam się nad tradycyjnym zakończeniem recenzji którymś z klipów, ponieważ jednak nie należą one raczej do 'samodzielnie chwytliwych' (co uważam w takim filmie za zaletę, one nie miały być tu komercyjnym wabikiem) ostatecznie zakończę trailerem filmu:
Myślę, że jeśli kogoś niekoniecznie przekonają same moje słowa to ta 'wizualna zajawka' pomoże je uwiarygodnić:) I zachęcić do obejrzenia całego filmu.
Bohaterką filmu jest Meenakshi - młoda dziewczyna pochodząca z ubogiej ale artystycznej rodziny. Ojciec - emerytowany nauczyciel tańca klasycznego - dał swym dwóm córkom to, co miał najcenniejszego - swoją wiedzę i umiejętności. Jedną wykształcił bowiem w śpiewie karnatycznym a drugą w tańcu klasycznym. Tyle, że w przeciwieństwie do ojca i siostry, dla których sztuka jest wszystkim, Meenakshi nie znosi tańca klasycznego. Ona uważa, że to bez sensu, niepraktyczne. Wolałaby żyć nowocześnie, jak inni młodzi ludzie, może wyjechać, zrobić gdzieś karierę... Tańczy, bo nie umie powiedzieć 'nie' (znaczy wprost, bo różne dziecinne 'sztuczki' to jak najbardziej stosuje) ale nie wkłada w to serca. I to widać... Chandram to jej nowy sąsiad. Malarz, ale nie taki artystyczny, tylko bardziej 'użytkowy' (znaczy maluje różne standy i plakaty -choćby filmowe). Jest zachwycony talentem Meenakshi i uważa, że dziewczyna nie powinna go marnować, bo on czyni ją wyjątkową. Tylko jak przekonać o tym samą Meenakshi?
'Swarna Kamalam' to film o tym, że talent musi być także pasją. Że nie może być tylko 'techniczną' sprawnością, ale trzeba włożyć i serce w to, co się robi. Jak w pewnym momencie ktoś mówi bohaterce, taniec to nie tylko kroki, ona musi go czuć. Ale do takiego podejścia trzeba dojrzeć samemu. Trudno kogoś zmusić do miłości, niezależnie czy chodzi o drugą osobę czy o sztukę. Z jednej strony rozumie się ojca, który chce przekazać dziecku to, co sam uważa za piękne i wartościowe, czym sam żyje, z drugiej trudno się dziwić dziewczynie, która czuje się w pewnym sensie zmuszana do czegoś, co nie sprawia jej przyjemności. Wysyłane przez rodziców na różne zajęcia dzieci nie zawsze same czują od razu do nich powołanie. Ale potem na rozpoczęcie nauki może być już za późno... Trudno tu czasem znaleźć złoty środek.
Ciekawy jest też wątek pewnej Amerykanki, która od lat przyjeżdża do Indii, żeby poznać jej kulturę i tradycję. Wkłada w to dużo wysiłku. Bo często już tak jest, ze ktoś kto ma coś 'pod ręką' tego nie docenia, a inny potrafi przejechać za tym pół świata, czyż nie?
Poruszająca jest też scena w urzędzie, gdzie emerytowani nauczyciele zgłaszają się po obiecaną pomoc finansową od państwa. Aż by się chciało zdjąć buta z nogi!
Albo piękna scena prośby o rękę ukochanej, której może się zaoferować tylko jedną cenną rzecz. Ale za to jaką!
Grający Chandrama Venky jest uroczy ale ten film należy do Bhanupryi. Nadąsanej, obrażonej, zrozpaczonej, pełnej nadziei czy uśmiechniętej....w jej twarzy można wyczytać wszystko. A dodatkowo Bhanupriya jest jeszcze faktycznie wykształconą tancerką klasyczną. I jak ona tańczy!