sobota, 12 listopada 2011

Miłość Elviry Madigan (1967)

 Jakiś czas temu pisałam na blogu (jeszcze poprzednim) o moim pierwszym pamiętnym i oszałamiającym kinowym spotkaniu z twórczością Bo Widerberga. W zasadzie trudno odpowiedzieć na pytanie czemu, pomimo takiego zachwytu Lust och fägring stor, przez tyle lat nie sięgnęłam po inne filmy tegoż reżysera. Ze strachu, że się rozczaruję? Albo ich nie zrozumiem/okażą się dla mnie za trudne? (trochę na to samo wychodzi^^) W każdym razie w końcu się odważyłam. I sięgnęłam po jeden z najważniejszych, najsłynniejszych  filmów w dorobku reżysera, osnutej na kanwie prawdziwych wydarzeń historii wielkiej, tragicznej miłości . Grób owej pary jest do dziś  obiektem pielgrzymek, a panny młode mają zwyczaj składać na nim swoje ślubne wiązanki (by dać w ten sposób Elvirze coś, czego sama nie miała szansy zaznać). To trochę jak Romeo i Julia, z tym, że tu bohaterowie są starsi. On jest porucznikiem kawalerii, ona linoskoczką. Gdy ich poznajemy w filmie, są już razem, ale nasycone kolorystycznie obrazy 'pikniku' pośród pięknej przyrody na uroczej wyspie tylko pozornie wydają się zwiastować idyllę. Bo on dla niej nie tylko opuścił swą żonę i dzieci, ale także zdezerterował z armii,  więc perspektywy jako para (i środki do życia) mają żadne. A zatem rzeczywistość zacznie coraz bardziej 'brzęczeć' koło ucha - jak natrętna, nie dająca się odgonić mucha...I  klimat zacznie podskórnie gęstnieć, aż do tragicznego finału...
Hmmm.. chyba jednak nie uda mi się słowami oddać klimatu tego filmu, a to on jest tu podstawą. Bardzo żałuję, że filmy Widerberga nie mają raczej takich szans na restaurację i przegląd jak ostatnio filmy Bergmana, bo Elvirę Madigan należałoby chłonąć w skupieniu ciemnej sali kinowej, na olbrzymim ekranie i z dobrym nagłośnieniem, bowiem zdjęcia i muzyka do tego filmu to prawdziwy majstersztyk. Już po Lust och fägring stor byłam zachwycona tym, jak Widerberg potrafi wykorzystać w swych filmach wielkie dzieła muzyki klasycznej (przede wszystkim Mozarta, ale nie tylko), a tu jest chyba jeszcze genialnej pod tym względem (a nie sądziłam, że to możliwe:D). Przykładowo fragmenty koncertu Mozarta, nazywanego nawet od tegoż filmu jego imieniem:


A ja w obliczu takiego piękna najlepiej już zamilknę:) Bo tego trzeba po prostu posłuchać (i przeżyć) samemu:)

1 komentarz:

  1. Dzięki za przypomnienie. To był kiedyś tez mój film:)

    OdpowiedzUsuń